Drobny przypadek Przerostu

Drobny przypadek Przerostu

Istnieli prawdziwi łowcy skarbów, a potem byli ludzie tacy jak Ned i Burl.

Prawdziwi łowcy skarbów nosili mapy w skórzanych tubach, porządne buty i baty, na których mogli huśtać się nad przepaściami albo podczas śmiertelnie niebezpiecznych pościgów. Potrafili rozpoznać, że pęknięty, oblepiony ziemią odłamek ceramiki należał do Zaginionej Księżniczki Takiej-a-Takiej, a nie, dajmy na to, do starego nocnika.

Nie, Ned i Burl nie byli łowcami skarbów. Myśleli o sobie raczej jako o wyzwolicielach skarbów. Nie było sensu po prostu polować na skarby. Skarb musiał być tam, w świecie, pracować dla zwykłego człowieka, być użytecznym. Nigdy nie szukali bezcennych skarbów, które – z racji braku ceny – były bezwartościowe.

Mieli jednak mapę. Co prawda składała się teraz głównie z plam i tłuszczu, ale wciąż była mapą. Miała X w odpowiednim miejscu i całą resztę.

Byli trzeci dzień w Lesie Czarnych Koronek, gdy Burl nagle się zatrzymał, węsząc w powietrzu niczym gruby, łysiejący ogar. — Czujesz to? — zapytał.

Ned, który niósł większość ich mizernego ekwipunku i sporą część urazy, niemal na niego wpadł. — Mówiłem ci, żebyś nie jadł tych grzybów wczoraj wieczorem.

— Nie, nie to — warknął Burl. — Powietrze się zmieniło. Pachnie… tajemniczo.

Ned rozejrzał się wokół. Byli już głęboko w lesie, daleko poza miejscem, gdzie światło słoneczne wesoło przesączało się przez liście. Tutaj, w sercu puszczy, nigdy nie robiło się jaśniej niż o zmierzchu. Światło było zielone, pełne pyłków i nie sięgało nawet w przybliżeniu tak daleko, jak by sobie tego życzył. Drzewa były ogromne i pierwotne, a powietrze wydawało się duszne i martwe. Co on by dał za choćby lekki powiew wiatru. — Czuć mchem. I pleśnią. Pachnie nawiedzeniem. — Wzdrygnął się.

— Cóż, jesteśmy w nawiedzonym lesie — przyznał Burl.

— Ten stary pryk sobie z nas zakpił, co nie? — zapytał nerwowo Ned. — Nie ma tu naprawdę duchów i tych wszystkich niewymownych okropieństw, prawda?

— Oczywiście, że jest nawiedzony — powiedział z przekonaniem Burl. — To logiczne, no nie? Nie znajdziesz starożytnego skarbu pośród słońca i kwiatków. Każdy mógłby go wtedy znaleźć!

Ned nie wyglądał na przekonanego. Kiedy siedzi się w tawernie, w cieple i spokoju, pomysł wyruszenia na poszukiwanie zaginionych miast pełnych ukrytych bogactw wydaje się świetnym żartem. Ale tutaj… Wciąż słyszał za sobą jakieś dźwięki, ale kiedy się odwracał, nic tam nie było. I nieważne, jak bardzo się obracał, zawsze istniało jakieś za nim, gdzie bez wątpienia czaił się jakiś niewymowny potwór, gotowy do skoku.

— Nie — rzekł Burl, wyjmując z kieszeni ich nędzny skrawek mapy z oślimi uszami — wszystkie najlepsze skarby są tam, gdzie straszy, rzuca się klątwy i tym podobne. Każdy to wie.

— Jak daleko jeszcze? — zapytał Ned, spoglądając na papier w dłoniach Burla. Jak na mapę, nie była to najlepsza rzecz, jaką widział. Garść bazgrołów i plama, która była albo rozlanym winem, albo krwią kogoś, kto zginął bohatersko tuż przed jej przekazaniem. W mroku lasu wszystko wydawało się czarne.

Burl zerknął na kompas. Igła drgała niezdecydowanie. — Na pewno jesteśmy już blisko, wiesz — machnął ręką — powietrze się zmieniło. To pewny znak, jak żaden inny.

Ned, stojąc po kolana w paprociach wielkości parasoli, uznał, że prawdziwy znak z napisem w stylu „Tędy, tuż za tą kępą złowrogo wyglądających cierni” byłby o wiele lepszy.

Ścieżka, którą podążali – jeśli w ogóle można ją było tak nazwać – już dawno porzuciła nadzieję na bycie odnalezioną przez ludzi. Cały wysiłek włożono w nią na skraju lasu, a tutaj, gdzie czuła, że ujdzie jej to na sucho, po prostu stała się leniwa. Korzenie wiły się na niej niczym śpiące węże, czekając, by pochwycić stopę nieostrożnego podróżnika, a przy odrobinie szczęścia skręcić mu kostkę. Gałęzie zwisały nisko i zaczepiały ich po drodze. Wszystko rosło zbyt blisko siebie, co nie powinno być możliwe i zdecydowanie sprawiało wrażenie celowego działania.

— Zaznaczałeś drogę powrotną? — zapytał go Burl.

Dla Neda była to nowość. — Co? To ty miałeś zaznaczać drogę powrotną.

— Ja nawiguję!

— No to nie możesz po prostu… nawigować z powrotem czy coś?

Burl posłał mu mroczne spojrzenie. — A jeśli marnie skończę w łapach jakiegoś upiora? Co wtedy zrobisz?

— W takim razie to ja powinienem trzymać kompas — wzruszył ramionami Ned.


Późnym popołudniem – a przynajmniej tak im się zdawało, bo światło w ogóle się nie zmieniało – nawet Ned zauważył, że las ulega przemianie. Działo się to stopniowo – lasy z zasady nie są dobre w gwałtownych zmianach. Pnącza, które zwisały pętlami grubymi jak liny okrętowe, zaczęły rzednąć. Drzewa, wciąż potężne i niknące gdzieś wysoko nad nimi, zdawały się rosnąć w nieco większych odstępach. Uczucie przytłoczenia nieco zelżało. Uczucie nadchodzącej zguby wzrosło, ale Ned zawsze powtarzał, że trzeba szukać pozytywów.

Wskazał ręką w lewo. — Ten krzak czy co to tam jest. Nie przypomina ci czegoś?

Burl zmrużył oczy. — No, jeśli chcemy sobie skrócić czas, to wygląda trochę jak jeleń.

— Myślisz, że to… — W gardle Neda nagle zaschło.

— Nieśmiertelne bóstwo leśne? — dokończył Burl. Pochylił się, po czym cisnął w to kamieniem.

— Po co to zrobiłeś? — wypalił Ned, uderzając Burla w rękę, zanim ten zdążył rzucić kolejnym. — A co, jeśli teraz jesteśmy przeklęci?

— To będzie tylko oznaczać, że mamy gwarancję znalezienia skarbu. Nikt, kto został przeklęty, nie umarł przed położeniem łap na skarbie, który go przeklął. To jak pierwsza zasada poszukiwania skarbów.

Ruszyli dalej, a Ned przeszukiwał swój ekwipunek w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby zdjąć straszliwą klątwę. Mijali kolejne stworzenia, które wyglądały, jakby wyrosły prosto z ziemi, zastygłe w dynamicznych pozach, uformowane z gałęzi i liści. Burl dla pewności rzucił w nie kilkoma kamieniami. Ned znalazł ich pojemnik z solą i sypnął trochę przez ramię na szczęście.

W jednej chwili przedzierali się przez zarośla, a w następnej wyłonili się w miejscu, które wyglądało jak miasto. Gdyby tylko miasto było ukształtowane z korzeni, pnączy i wszelkiego rodzaju zieleni.

Budynki były wysokie i złowieszcze, a ulice wąskie i kręte. Powietrze było gęste od zapachu wilgotnej ziemi i kwitnących kwiatów. Panowała tu upiorna cisza, przerywana jedynie okazjonalnym szelestem liści i odległym ćwierkaniem ptaków.

— O — powiedział po prostu Burl.

— O — zgodził się Ned.

— Wiesz, nie spodziewałem się, że plotki będą tak dosłowne. „Idź głęboko w las i znajdź ukryte miasto”. Myślałem, że będzie tu więcej, no wiesz, cegieł i takich tam rzeczy.

Ned pokiwał głową. Przed nimi biegła droga, jeśli drogą można nazwać pas ziemi na wpół zagubiony pod mchem i bluszczem. Po obu stronach stały domostwa, a przynajmniej w jakiejś prostszej, mniej bogatej w chlorofil epoce, tym właśnie według niego były. Ich ściany były wybrzuszone i spuchnięte od roślinności, jakby lokalny ogródek drastycznie wymknął się spod kontroli. Dachy zniknęły pod matami pnączy i cierni. Otwory, w których niegdyś znajdowały się okna, spoglądały na nich z koralikową podejrzliwością.

Kawałek dalej znajdował się plac, zadławiony paprociami, wysoką trawą i małymi drzewkami rosnącymi tam, gdzie żadne małe drzewka nie miały prawa rosnąć. Wszędzie zielony rozrost napierał tak gęsto, że sprawiało to wrażenie, jakby miasto było powoli trawione.

A na ulicy, rozrzucone tu i ówdzie, kolejne… posągi, jeśli można je było tak nazwać.

Czas nie obszedł się łaskawie z detalami, ale wyglądały zbyt realistycznie, by mogły być dziełem przypadku. Ta kępa tam mogła być osobą z ręką w górze, jakby machała. Ta para to rodzic i dziecko, trzymający się za ręce. Klin, który przy odpowiednim spojrzeniu mógł być kimś siedzącym, opartym o budynek. Im dłużej patrzył, tym bardziej jego mózg dopasowywał wzorce ludzi do póz zamrożonych w czasie.

— Ciekawy wybór dekoracji — powiedział Burl, przyglądając się jednemu z bliska. Wsadził palec w coś, co mogło być tylko głową jednego z nich.

— To jest beznadziejny wybór dekoracji. To miejsce jest nawiedzone.

Podobno nawiedzone.

Plotki w zupełności wystarczały Nedowi. — To wszystko są ludzie, Burl. W trakcie robienia różnych rzeczy.

— Cóż, byłoby dość nudno, gdyby nic nie robili. Jeśli już zadajesz sobie trud robienia krzaków w kształcie ludzi, to wypadałoby to zrobić z polotem!

Rozległ się cichy szelest liści ocierających się o liście, mimo że nie było wiatru. Jakby zieleń szeptała o nich za ich plecami. — Nie podoba mi się to — powiedział Ned.

Burl, który nigdy nie przyznałby się do tego samego co Ned, odrzekł: — W takim razie będziemy postępować z profesjonalną ostrożnością.

— Co to znaczy?

— To znaczy, że jeśli zobaczymy coś strasznego, dajemy nogę.


Szli dalej pustymi ulicami. Cisza była przytłaczająca, a powietrze wydawało się gęste od oczekiwania. Zdawało się wręcz buczeć.

Ned oparł rękę na pnączach, by odzyskać równowagę, wspinając się przez blokadę na drodze. Mógłby przysiąc, że pulsowały jak bicie serca.

Burl przykucnął przed nim. — No — powiedział. — To obiecujące.

— Co takiego?

— To — Burl wskazał na cały rozrost wokół nich. — To ma kierunek.

Ned miał zamiar powiedzieć coś potencjalnie raniącego, ale przestał. To była prawda. Pnącza nie tylko pokrywały ściany; one przez nie przepływały. Korzenie nie wyrastały równomiernie, a gałęzie nie rosły tak, jak powinny. Wszystkie pochylały się, sięgały lub wgryzały w tym samym ogólnym kierunku, jakby wszystko, co zielone w tym mieście, zostało kiedyś owładnięte potężną chęcią, by gdzieś się szybko dostać.

— To jest strasznie upiorne.

— Obiecujące — upierał się Burl. — Skarby lubią to, co obiecujące. Lubią wzory.

— Nie sądzę, żeby skarby cokolwiek lubiły. To skarby.

— To właśnie ten rodzaj ograniczonego myślenia sprawia, że ludzie są biedni.

Mimo to Ned poczuł dreszcz ekscytacji budzący się pod warstwami przerażenia. Teraz, gdy to zauważył, widział to wszędzie. Jak gigantyczna dłoń wskazująca głębiej, ku centrum miasta.

Albo wskazująca wyjście, podpowiedział mu mózg, co Ned szybko zignorował.

Szli teraz szybciej, pewni celu. Minęli kolejny plac i po jego drugiej stronie weszli w alejkę, która zwężała się w przejście między dwiema ogromnymi masami krzewów, będących niegdyś budynkami. Gałęzie wyginały się i splatały nad ich głowami, tworząc tunel z liści i cienia. Powietrze wewnątrz było wilgotne i miało ostry zapach.

Burl uniósł ich jedyną sprawną latarnię i ruszyli naprzód, choć migotliwe światło, które dawała, niewiele im pomagało.

Na końcu przejścia dotarli do czegoś, co musiało być niegdyś ratuszem, świątynią lub innym budynkiem użyteczności publicznej, mającym zapewnić ludziom suche miejsce do kłótni lub, być może, ścinania głów jakimś złoczyńcom. Ogromny budynek niemal całkowicie zniknął pod potwornym wykwitem roślinności. Rosnąca, wybrzuszona masa pni, pnączy, krzewów, korzeni, kwiatów, jeżyn, mchu i liściastych rzeczy, których Ned nie rozpoznawał. Drzewa wyrastały ze ścian. Ściany zostały połknięte przez korę. Okna były zatkane ciernistymi krzewami. Schody wejściowe zostały rozłupane przez korzenie tak łatwo, jakby były z gliny, i teraz leżały krzywe i potrzaskane.

I wszystko to, każdy centymetr, pochylało się na zewnątrz, jakby było centrum jakiejś potężnej eksplozji.

— Tam — powiedział Burl z triumfalnym szeptem człowieka, który czuł, że wszechświat w końcu podjął jakiś wysiłek.

— Jesteś pewien, że chcesz tam wejść?

— Jestem pewien, że nie przeszedłem całej tej drogi tylko po to, żeby zawrócić. Czegokolwiek szukamy, na pewno jest w samym środku tego czegoś.

Ned nienawidził tego, jak często rozumowanie Burla okazywało się skuteczne. Na szczęście sypnął przez ramię całą zawartość pojemnika z solą.

Nie było tam drzwi, o których można by mówić, jedynie wyrwa w miejscu, gdzie kiedyś stały, zanim drzewo postanowiło zająć lokal. Była tak szeroka, że nawet trzymając się za ręce, nie zakryliby ułamka jej średnicy. Burl spróbował przepchnąć się przez zasłonę z bluszczu. Bluszcz odepchnął go z dużą pewnością siebie.

— Maczeta — powiedział Burl, wyciągając rękę za siebie.

Zajęło im lepszą część godziny, by wyrąbać sobie przejście do budynku, podczas której Burl przeklinał korzenie, ciernie, Neda i cały świat w ogóle, i ogólnie sprawiał wrażenie, jakby miał kiepski dzień.

W końcu wślizgnęli się do środka, czerwoni na twarzach i zlani potem. Przebicie się było absurdalnie trudne, a ich ostrze wyraźnie się stępiło.

Wnętrze było jeszcze gorsze.

Na zewnątrz ratusz wyglądał na zarośnięty. Wewnątrz koncepcja przebywania w pomieszczeniu została odrzucona dla zasady. Drzewa wyrastały z tego, co pozostało z podłogi, i przebijały sufit. Mech pokrywał wszystko. Kwiaty kwitły w nieprawdopodobnej obfitości. Pnącza wiły się z boku na bok w takiej ilości, że przestrzeń przypominała przewód pokarmowy żywego żywopłotu.

Rozrost spiralnie schodził korytarzem przed nimi, zapraszając ich w swoje mroczne głębiny. Powietrze praktycznie tu pulsowało.

Podążyli za nim, potykając się i wspinając po masie flory.

W centrum ogromnej komnaty stał potężny głaz, tak ciasno owinięty korzeniami, że zajęło im chwilę, zanim go rozpoznali. Korzenie oplatały go ze wszystkich stron, splecione i splątane w niemal lity kokon.

Coś błyszczało w środku. Zielone światło, głębokie i czyste, pulsujące słabo z wnętrza masy korzeni.

Burl uśmiechnął się.

— Ostrożnie — ostrzegł Ned.

Burl postąpił naprzód, jakby zbliżał się do kogoś z rodziny królewskiej. Albo do żmii. Dla wyzwoliciela skarbów był to w zasadzie ten sam ruch.

Głaz mógł być niegdyś zdobiony, choć teraz niewiele z tego było widać. Burl przybliżył latarnię. Światło migotało w splątanej masie korzeni, z których każdy wyrósł wokół pozostałych, aż całość zaczęła przypominać gigantyczną zaciśniętą pięść. Światło wydawało się w jakiś sposób mokre, choć nasycone. Będąc tak blisko, spodziewałbyś się poczuć ciepło, choć temperatura, o ile Ned mógł stwierdzić, nie zmieniła się.

— Myślę, że to klejnot — powiedział w końcu Burl.

— To nie jest normalne.

— To jest najlepszy rodzaj normalności.

— Nie, chodzi mi o to, że on świeci. Klejnoty nie powinny świecić.

— Oczywiście, że powinny! Po tym poznasz, że jest bardzo cenny. Nic nie wiesz?

Ned przyjrzał się kokonowi z korzeni, który skrywał ich zdobycz. — Jak go wyciągniemy?

Burl poczuł się urażony. — Z finezją.

Wyciągnęli go łomem.

Korzenie były twardsze niż drewno i bardziej sprężyste niż zdrowy rozsądek. Każdy, który udało im się podważyć, zdawał się mieć pod spodem trzy kolejne. Rąbali, wykręcali, podważali, szarpali i przeklinali, aż obaj byli śliscy od potu i pokryci lepkim sokiem. W końcu, z dźwiękiem przypominającym mokre rozdzieranie, ostatni korzeń puścił.

Klejnot był nieco prostokątny, wielkości dłoni, z fasetowanymi krawędziami. Na jego powierzchni wygrawerowano liść.

Burl ostrożnie po niego sięgnął. Ręka mu drżała, częściowo z ekscytacji, częściowo z wysiłku. Ned przyglądał się temu, ssąc kłykcie krwawiące po tym, jak ześlizgnął mu się łom.

— A co, jeśli jest przeklęty? — zapytał Ned tuż przed tym, jak Burl dotknął klejnotu. Jego partner zamarł.

— Jeśli ten klejnot jest przeklęty, niech mnie w tej samej chwili trafi piorun! — wykrzyknął.

Ned cofnął się o krok w zapadłej ciszy. Któregoś dnia to się sprawdzi…

Burl zaśmiał się sucho. Chwycił klejnot z zaskakującą ostrożnością.

Wszystko zamarło.

Cała sala zdawała się zatrzymać. Liście osiadły, gałęzie przestały szeptać, a nawet płomień latarni przestał migotać.

Ned skrzywił się. — Myślę, że nie powinniśmy go dotykać.

— Trochę za późno na taką radę.

— Chodzi mi o to, że powinniśmy go odłożyć.

Burl spojrzał na niego, jakby ten zaproponował wrzucenie skrzyni złota do morza, bo zawiasy wyglądają na zardzewiałe. — Odłożyć legendarny leśny klejnot znaleziony w nawiedzonym, zarośniętym mieście?

— No, tak — powiedział Ned, rozglądając się wokół. Cisza zaczynała grać mu na nerwach.

— Absurd.

— To sprawia, że jestem nerwowy.

— Wszystko sprawia, że jesteś nerwowy.

— To miejsce zostało połknięte przez las od środka i na ulicy stoją upiorne posągi ludzi!

Burl zastanowił się. — To, przyznaję, jest argument za ostrożnością.

Wsunął szmaragd do wyściełanej skórzanej sakiewki i przywiązał ją do pasa. — Widzisz? Ostrożnie.

Ned znów się rozejrzał. — Czy właśnie zrobiło się ciemniej?

— To tylko pokój buduje nastrój. To może być ten moment, w którym musimy rzucić się do brawurowej ucieczki w obawie o życie. — Rozejrzał się z nadzieją.

— No to ruszajmy się wreszcie!

Ich nowo wyrąbana ścieżka z sali wydawała się węższa, niż Ned zapamiętał. Pnącza ocierały się o ich ramiona w sposób, który wydawał się mniej przypadkowy niż wcześniej. Ciernie zaczepiały o ich ubrania nieco mocniej i trzymały nieco dłużej. Ned zaczął sapać.

W alejce na zewnątrz cienie się wydłużyły, mimo znikomej ilości słońca, jaka tu docierała. Zielone posągi wyglądały teraz mniej dekoracyjnie, a bardziej wyczekująco, bardziej groźnie. Nawet Burl, zazwyczaj ten bardziej opanowany, nie sugerował dłuższego zwiedzania miasta.

Trzymali się głównych przejść, przedzierając się przez paprocie i schylając pod nisko zwieszonymi gałęziami. Dwukrotnie o mało się nie zgubili w miejscach, gdzie ślady ich wcześniejszego przejścia już zniknęły. Wciąż jednak mogli podążać za ogólnym kształtem rozrostu, tym razem kierując się na zewnątrz. Za nimi ratusz zdawał się ich zasysać, próbując przyciągnąć z powrotem. Wydawał się teraz jakby mniej żywy, jakby klejnot był jedyną rzeczą, która utrzymywała go przy życiu.

Zajęło im ponad godzinę, by dotrzeć do obrzeży miasta i wejść w główną część lasu. Gdy przekroczyli tę niewidzialną barierę, Nedem wstrząsnął gwałtowny dreszcz. Jeśli oznaczało to, że ktoś właśnie przeszedł po jego grobie, to teraz musiał na nim odstawiać stepowanie.

Odmawiał spojrzenia za siebie, a nawet zatrzymania się, dopóki miasto nie zostało daleko w tyle.


— Więc jak myślisz, za ile uda nam się go opchnąć? — zapytał z namysłem Burl, unosząc klejnot do światła, by mu się przyjrzeć.

Ned czuł się lepiej, im dalej byli od miasta. Właściwie zaczął nawet pozytywniej postrzegać całe to przedsięwzięcie. Burl rzucił mu klejnot. Był chłodny w dotyku. — Taka piękność? Możemy nawet przejść na emeryturę.

— Na jakiś czas — zaśmiał Burl.

Ned wpatrywał się w klejnot. Był hipnotyzujący. Zdawało się, że wewnątrz samej bryły wirują głębokie kolory, niemal zbyt subtelne, by je dostrzec. Nie mógł się doczekać, aż wyjdą z tego lasu i zobaczą go w prawdziwym świetle słońca.

Dźwięk pociągania nosem sprawił, że podniósł głowę.

Wielki czarny niedźwiedź żerował około dwudziestu metrów przed nimi.

Zamarli.

Niedźwiedź był ogromny, kudłaty i miał obrażony wyraz pyska stworzenia niedawno obudzonego z drzemki, które właśnie odkryło, że wciąż musi polować na kolację. Do futra przyczepiły się kawałki liści. Jedno ucho było naderwane. Zwierz węszył, a jego zdecydowanie zbyt wielki nos poruszał się w ich stronę. Potem spojrzał prosto na nich ciemnymi oczami, które sugerowały, że podjął już decyzję w kwestii zapoznania się. Stanął na tylnych łapach, zmuszając Neda i Burla do zadarcia głów, po czym wydał z siebie chrapliwy ryk wyzwania.

Ciało Neda poruszyło się, zanim mózg zdążył zareagować. — Zmiataj stąd! — wrzasnął i cisnął klejnotem w niedźwiedzia.

Nie chciał rzucać klejnotem. To po prostu była rzecz, którą trzymał w ręku. W niemal absurdalnie zwolnionym tempie klejnot obracał się w powietrzu, lecąc idealnym łukiem, którego Ned nie powtórzyłby, nawet gdyby próbował jeszcze sto razy. Uderzył niedźwiedzia między oczy z cichym brzdękiem i upadł na ziemię.

Przez pół sekundy nikt się nie poruszył. Niedźwiedź wydawał się zdziwiony.

Las eksplodował.

Nie było na to lepszego słowa. Roślinność nie rozprzestrzeniała się; ona zdetonowała. Trawa wystrzeliła w górę jedną gwałtowną falą. Pnącza grube jak baty wybuchły ze szczelin w poszyciu. Paprocie rozwinęły się tak szybko, że wydały dźwięk przypominający tasowanie kart. Krzewy wybrzuszyły się z ziemi, a gałęzie pękały, rozrastając się na zewnątrz. Kwiaty wybuchły feerią barw. Mech pokrył kamienie, jakby został tam rozpylony.

Niedźwiedź, będący w połowie kolejnego ryku, zamarł, gdy uderzyła w niego fala zieleni. W mgnieniu oka zwierzę zniknęło, zastąpione skorupą gęstej roślinności w kształcie wspiętego stworzenia, którego forma została na zawsze uwięziona w topiarowej replice.

Ned wrzasnął. Burl szarpnął go za kołnierz do tyłu, zanim uderzyła w nich gwałtownie rozszerzająca się masa rozrostu. Odwrócili się i zaczęli uciekać tak szybko, jak tylko mogli.

Krzewy powstawały za nimi z nicości. Drzewa wystrzeliwały z ziemi, rozrastając się w górę z hukiem pękającego drewna, odrzucając wszystko, co stało im na drodze. Ziemia falowała pod ich butami, gdy korzenie pędziły pod nimi niczym obłąkane robaki. Byli smagani wszelkiego rodzaju pnączami, chętnymi, by owinąć się wokół czegokolwiek. Hałas był ogłuszający, ale przynajmniej dzięki temu Ned nie słyszał własnego krzyku. Zerknął raz na Burla, który szczerzył się jak szaleniec i poruszał z prędkością przeczącą jego masie.

Biegli i biegli, podczas gdy las gwałtownie rodził się za ich plecami, a Ned był już bliski opadnięcia z sił. Oddech palił go w gardle, a on był w stanie wydusić z siebie tylko urywane hausty powietrza. Nigdy nie biegł tak daleko ani tak szybko. Ale wspomnienie niedźwiedzia gnało jego nogi naprzód. Ten klejnot zamienił go w krzak! – bełkotał mu mózg. W mieście, z którego przyszli, te wszystkie domy, ci wszyscy ludzie…

Dotarli do obniżenia terenu prowadzącego do doliny i nagle Ned poruszał się szybciej, niż jego nogi były w stanie nadążyć. Z tłumionym przekleństwem potknął się i poleciał koziołkując w dół zbocza, tracąc orientację, gdzie jest góra, a gdzie dół. Z lodowatym wstrząsem wpadł do płytkiej rzeki, a lodowata woda natychmiast zadomowiła się we wszystkich jego ubraniach.

Kiedy w końcu wygramolił się na brzeg, walcząc o oddech, zobaczył, że wybuchowy rozrost zieleni wygasł w pobliżu brzegu rzeki. Ostatni kwiat, trzymany przez zwisającą gałąź, otworzył się tuż przy jego twarzy, a on wrzasnął i odskoczył.

Ryczący śmiech sprawił, że się odwrócił. Burl siedział w rzece, przemoczony do suchej nitki, z twarzą jasnoczerwoną. Burl wyrzucił ramiona w górę. — Wciąż żywi! — krzyknął, po czym klapnął z powrotem do wody z pluskiem.

Ned wyłowił kamień z dna rzeki i słabo rzucił nim w Burla. — Nauczę… cię… rzucać… kamieniami… przeklinać… nas… — wycharczał.

— To ty rzuciłeś klejnotem! — powiedział oburzony Burl.

— Tak… pewnie… nie… powinienem… był… tego… robić.

— Legendarny leśny klejnot — mruknął Burl. — Wybuchowy rozrost. Kierunkowe rozprzestrzenianie się od punktu styku. Zdolny do przytłoczenia całego miasta. — Spojrzał na Neda. — Wiesz, co to oznacza?

Ned zgromił go wzrokiem, jego klatka piersiowa wciąż falowała. — Że powinniśmy zakopać go w dziurze, a potem zakopać tę dziurę?

— To oznacza — powiedział Burl, ignorując go — że jesteśmy w posiadaniu klejnotu o nadzwyczajnej mocy i wartości.

— Nie zbliżę się do niego, jeśli o to ci chodzi.

— Powinniśmy pewnie pójść i go zabrać.

— Nie.

— Tym razem go nie upuścić.

— Nie.

Burl pogroził mu mokrym palcem. — Przypomnij mi, dlaczego wciąż cię przy sobie trzymam?

Ned zignorował go. — Jeśli kiedykolwiek jeszcze usłyszymy o skarbie w nawiedzonym mieście…

— Zażądamy wyższej stawki.

Ned tylko gapił się na niego, poruszając szczęką.

— Chodź — powiedział Burl, gramoląc się na nogi i z rezygnacją wyżymając przemoczone ubranie. — Nie planowałem kąpieli w tym tygodniu. Wracajmy do domu. — Wyciągnął rękę do Neda. — Dawaj kompas.

Ned spojrzał na niego tępym wzrokiem. — Nie mam go!

Burl podrapał się po głowie i zajrzał do rzeki wciąż płynącej u ich stóp. — No tak. Cóż. Na pewno gdzieś tu jest.