Rozszczepiony obraz

Rozszczepiony obraz

Ze wszystkich kamieni, z jakimi kiedykolwiek pracował, Fenshard miał przynajmniej na tyle przyzwoitości, by wyglądać, jakby wiedział, co przeskrobał. Zdaniem Jory’ego Bella nie była to cecha pożądana u klejnotu.

Uniósł mętny odłamek pod okno swojej warsztato-sypialni, gdzie popołudniowe światło wpadało w szklisty, zielony korpus, by poddać się całkowicie gdzieś w okolicach środka. Wewnątrz kamienia, pod gładkim, bagiennym szkłem, krył się mętny, mszysty rdzeń o barwie starych wodorostów i podłej herbaty. Wydawało się, że coś się w nim porusza.

Niepospolity, owszem, pomyślał. Ale czy zdatny do sprzedaży? Nie.

Jego warsztat, o którym niegdyś zapewniał matkę, że to tylko rozwiązanie tymczasowe, nosił wszelkie znamiona pracowni jubilera znajdującego się w tej delikatnej fazie między „obiecujący” a „zdesperowany”. Metalowe pilniki leżały w równych rzędach obok narzędzi zdecydowanie zbyt dużych jak na obecne warunki. Szkice zamówień, które nigdy się nie zmaterializowały, pokrywały niemal każdą powierzchnię. Trzy gotowe pierścionki spoczywały na tacy pod nieco koślawym, odręcznym napisem: SOLIDNA ROBOTA, który równie dobrze mógłby brzmieć: UCZCIWIE PRZYJMĘ KAŻDE ZLECENIE, SERIO.

Jory rozprostował ramiona i spróbował zebrać myśli. Brakowało mu dokładnie jednego kiepskiego sezonu do przyznania, że rozsądnie byłoby pójść na termin do kogoś innego i przestać mamić się wizją własnej linii biżuterii. Niestety, zmarły ojciec pozostawił mu w spadku lekkość ręki przy kole szlifierskim oraz silne – niektórzy powiedzieliby: zgubne – przekonanie, że następne dzieło będzie tym, które zmieni wszystko.

W tym przypadku następnym dziełem, z powodów czysto finansowych, okazał się Fenshard. Kosztował go niemal wszystkie monety, jakie mu zostały.

Technicznie rzecz biorąc, był to niepospolity klejnot. W tej rujnującej portfel drabinie, rozciągającej się od pospolitych po legendarne, stopień „niepospolity” uznawano zazwyczaj za moment, w którym kamień przestaje być jedynie dekoracją, a zaczyna wymagać podstawowych uprzejmości – takich jak niezbliżanie go do otwartego ognia czy dopytanie sprzedawcy, czy aby na pewno nie znaleziono go w sadzawce, która nuci pod nosem. Fenshard uchodził za bezpieczny w obróbce, o ile wiedziało się, co się robi. Można było z niego wytworzyć wisiorki dla osób lubiących biżuterię emanującą aurą rozkładu – zazwyczaj dla tych, którzy ubierali się cali na czarno, malowali twarze na biało i byli zdecydowanie zbyt poważni.

Główną wadą kamienia był fakt, że w stanie surowym wyglądał tak, jakby ktoś przelał bagno do butelki i odciął jej szyjkę. Żadna zamożna dama – ani mroczny, tajemniczy nastolatek – nie założyłaby go na bal. Żaden gustowny dżentelmen nie zrobiłby z niego spinek do mankietów, chyba że chciałby, aby inni myśleli, że stosuje jakąś osobliwą, wiejską kurację zdrowotną.

Jako surowiec nie był wiele wart dla szanującego się kupca. Ale może gdyby pociąć go wystarczająco cienko, wyszlifować sprytnie…

Jory znów zmrużył oczy. Wewnętrzny muł przesunął się.

Osadził kamień w zacisku, wyregulował mosiężną ramę i opuścił tarczę tnącą.

Pierwsze cięcie było ostrożne. Jak wiele klejnotów, Fenshard nie lubił gwałtownych decyzji. Tarcza przeszła przez zewnętrzną warstwę z wilgotnym sykiem, jakby przycinała mokre liście, a wąski plasterek upadł na stół. Jory uniósł nowo odsłoniętą płaszczyznę do światła.

Kamień wyglądał dokładnie tak samo jak wcześniej, z tą różnicą, że mętne wnętrze zdawało się zaczynać o ułamek milimetra głębiej.

Jory zmarszczył brwi. Usunął warstwę, a mimo to pozorna głębia wzrosła.

Wyjął lupę jubilerską, by przyjrzeć się kamieniowi w powiększeniu. Skierował światło tak, by padało bardziej równomiernie. Była tam szklista, zielona skorupa. Był mszysty środek. I gdzieś tam, pod tym środkiem, kryła się nieomylna sugestia, że coś się porusza – choć tylko w miejscach, na które akurat nie patrzył.

Wykonał drugie cięcie, potem trzecie. Za każdym razem usuwał ostrożny ułamek. Podnosił każdy plasterek do światła. Mimo zmniejszającej się grubości, przypominały one nie tyle przekrój, co okno. I to nawet nie dobre okno. Raczej jedno z tych zaniedbanych okienek w szopie na łodzie, od samego patrzenia na które można dostać ukąszenia komara. Na tym etapie powinien już widzieć swój pokój przez kamień, ale ten uparcie pozostawał mętny.

Przy szóstym cięciu dotarł do granic możliwości swojej maszyny. Fragment, który teraz trzymał, był cieńszy od szkła, a mimo to wciąż nieprzezroczysty. Wpatrywał się w niego przez soczewkę powiększającą. Wydawało mu się, że szlam wewnątrz kamienia stał się wyraźniejszy, ostrzejszy, ale wciąż pozostawał frustrująco niezrozumiały. I wciąż zdawał się o wiele głębszy, niż powinien.

Jego myśli przerwało otwarcie drzwi. – Obiad, synku – powiedziała matka, wchodząc dziarskim krokiem z tacą. Matka wyglądała tak, jakby „brak bzdur” był jej główną cechą charakteru. Jakby była dokładnie tą osobą, którą wszechświat wyznaczył do pilnowania, by utalentowani idioci nie pomarli z głodu i dożyli momentu, w którym staną się uznanymi rzemieślnikami. – To ten nowy kamień? – zapytała, robiąc miejsce na talerze bez względu na to, co akurat przesuwała.

– Tak, to Fenshard. Choć okazuje się nieco niepraktyczny.

– Szkoda. Pewnie robi, co może. – Ilość jedzenia postawiona przed nim zaczynała być niepokojąca.

– Muszę go pociąć jeszcze cieniej.

– To po co kupowałeś go tak dużo?

– Nie dam rady tymi prymitywnymi narzędziami – powiedział z pełnymi ustami gulaszu. – Ograniczenia materiałowe mnie dławią!

– To miło, kochanie – odparła i poklepała go po policzku. – Zjedz wszystko do końca.


Nastał wieczór. Jory przeciągnął się, aż strzeliło mu w kręgosłupie. Jego zwykła szlifierka nie pocięłaby kamienia cieniej bez ryzyka pęknięcia. Jeśli chciał uzyskać ostrzejszy przekrój i wyraźniejsze wnętrze… czegokolwiek, potrzebował stabilniejszego posuwu, mniejszego ostrza i mniejszych wibracji. Jory zrobił to, co zawsze – zaczął myśleć rękami.

Omiótł wzrokiem swoją konstrukcję. Składała się z pedału, trzech kół pasowych, dwóch kawałków struny, zawieszonej przeciwwagi zrobionej ze starego czajnika i ramienia balansującego wyjętego z domowego zegara w chwili natchnienia – lub desperacji. Całość wyglądała jak pająk próbujący grać na skrzypcach.

Działało wyśmienicie. Ostrze opadało z niezwykłą delikatnością. Kamień śpiewał pod nim cienką, wilgotną nutą. Jory odciął kolejny niemożliwy plasterek i spojrzał przez soczewkę.

Świat wewnątrz Fensharda stał się znacznie wyraźniejszy, ale wciąż wyglądał tak, jakby Jory założył okulary swojej starej babci.

To, co brał za dryfujący mech, wcale nie było przypadkowym zmętnieniem. Tworzyło łachy i kanały. Małe włókna falowały w niewidocznych prądach. Ciemna, zielonobrązowa połacie mazi marszczyły się miejscami jak źle złożone ciasto, poprzecinane strużkami czystszego płynu.

Po tej mazi poruszały się stworzenia.

Jory odsunął się zdumiony, lupa wypadła mu z oka. Co u licha…? Gorączkowo wymacał upuszczone szkło i wcisnął je z powrotem, regulując mały pierścień na zewnątrz, by lepiej ustawić ostrość. Przesunął światło bezpośrednio za plasterek klejnotu.

Były maleńkie, ale tam były. W jego rozmytym polu widzenia nie przypominały niczego więcej niż plamki kształtu. Kojarzyły mu się z mrówkami. Pracowały w grupach, popychając grudki szlamu, przenosząc nitki półprzezroczystej materii, budując i rozbierając małe kopczyki z poważną, wspólnotową intensywnością.

Jory patrzył jak urzeczony.

Jedno ze stworzeń zatrzymało się.

Potem drugie.

Nagle, gdziekolwiek nie spojrzał, stworzenia przestały się ruszać. Jory odniósł wrażenie, że wszystkie patrzą na niego.

– Niesamowite – szepnął.

W jednej chwili cała gromada rzuciła się do gorączkowej aktywności. Jory gapił się z niedowierzaniem. Zaczęły przesuwać szlam, ale nie chaotycznie i nie wyglądało to na powrót do poprzednich zajęć. Małe zespoły układały materię o różnych kolorach w linie i krzywe. Biegały tam i z powrotem, wspinały się po sobie, poprawiały, korygowały.

Po kilku minutach Jory zamarł.

W rozmytych głębinach wyłonił się kształt, teraz już całkiem wyraźny. To była, bez cienia wątpliwości, twarz.

Była kiepska. Jakby narysowało ją dziecko. A raczej komitet dzieci. Była krzywa, niestabilna i pozbawiona szczegółów, ale Jory miał nieodparte wrażenie, że to jego twarz, a przynajmniej szczera próba jej oddania. Był tego pewien. Czyż nie oglądał jej co rano w lustrze?

Stworzenia stłoczyły się wokół swojego dzieła. Nie widział szczegółów, ale od tych maleństw biła silna nuta satysfakcji.

Są w życiu chwile, kiedy człowiek czuje na ramieniu twardą dłoń przeznaczenia. To nie była jedna z tych chwil. Ale zdecydowanie czuł, jak przeznaczenie dźga go palcem pod żebra.

Oparł się na krześle.

Potem, ponieważ nie było żadnego precedensu co do tego, co należy zrobić po odkryciu pracowitych, mikroskopijnych bagiennych istot wewnątrz klejnotu, tworzących marne podobizny twojej twarzy, pochylił się nad kamieniem i powiedział bardzo uprzejmie: – Dobra robota.

Zostało to dobrze przyjęte.

– Jak postępy? – zawołała matka z dołu.

Jory odczekał chwilę. – Hm, trudno powiedzieć!

– To miło, kochanie.

Tej nocy spał źle. Nie dlatego, że się bał, ale dlatego, że sytuacja stała się skomplikowana. Czuł, że dokonał najbardziej niezwykłego odkrycia jubilerskiego stulecia. Myślał o cięciach, które wykonał. Czy każdy plasterek skazywał całe cywilizacje na śmierć? Za kogo go uważały? I, co ważniejsze, jak on to kiedykolwiek sprzeda?


O świcie wrócił do stołu.

Twarz wewnątrz Fensharda czekała na niego. Była wyraźnie poprawiona.

Nie była może dobra. Żaden portrecista nie przyjąłby za nią zapłaty. Ale tam, gdzie wczorajsza wersja wyglądała, jakby ktoś ją upuścił, dzisiejsza była rozpoznawalnym Jorym. Szczęka była poprawna. Nos może nieco zbyt okazały. Oczy przestały zezować w przeciwnych kierunkach. Na jego widok stworzenia zaczęły krzątać się z widocznym zadowoleniem, wprowadzając drobne poprawki w linii policzka.

Jory próbował sobie wyobrazić, jak to musi wyglądać z ich perspektywy – widzieć jego twarz unoszącą się nad nimi, z okiem wielkości księżyca.

Wewnątrz klejnotu wybuchł chaos. Stworzenia wpadały na siebie. Z prędkością sugerującą albo wielką inteligencję, albo brak czegokolwiek do stracenia, zmieniły usta na szlamowej twarzy.

Sprawiły, że się uśmiechnęła.

Jory, wbrew zdrowemu rozsądkowi, odwzajemnił uśmiech.

To wywołało małą celebrację. Gdyby mógł cokolwiek usłyszeć, w środku pewnie brzmiało to ogłuszająco.

Wewnątrz kamienia znów się poruszyły, tym razem zmieniając uśmiech w smutną minę, choć wyglądało na to, że departament dolnej wargi nie do końca zgadzał się z nowym kierunkiem artystycznym.

Jory uniósł brew. To było, prawdę mówiąc, nieco obraźliwe.

Kolonia natychmiast zebrała się na naradę.

Pal licho, pomyślał Jory. Muszę widzieć wyraźniej.


Kilka godzin później matka znów weszła do pokoju. – Herbata, synku.

– Nie teraz! – odkrzyknął, choć jego głos był nieco stłumiony, bo w ustach trzymał śrubokręt.

Ale ona nie przestała, bo matki nie przerywają swoich zajęć tylko z powodu przełomowych odkryć naukowych czy nowych gałęzi filozofii przyrody. – Czy to moje druty do robótek? – zapytała, rzucając ostre spojrzenie na to, co zbudował.

Jory ulepszył projekt z poprzedniej nocy. Obecna aparatura składała się z dwóch sprężynowych prowadnic, zawieszonej ramy ostrza, skalibrowanego zakraplacza z – teraz mocno wygiętego i przekształconego – czajnika oraz układu pedałów połączonych sznurkiem z obracającym się kołem zamachowym, zmontowanym z przedniego koła dziecięcego roweru (którego właściciel miejmy nadzieję przez jakiś czas nie zauważy braku). Maszyna zajmowała większość pokoju i sporą część dostępnego prawdopodobieństwa.

– Dzięki temu będę mógł uzyskać jeszcze cieńsze plasterki – powiedział Jory, dokonując drobnych regulacji.

– Czy cieńsze plasterki w czymś pomagają?

– Dzięki nim widzę wyraźniej to, co jest w środku. Tam są stworzenia.

– Wewnątrz twojej maszyny? Nie pozwolę, żebyś zamęczał jakieś biedne zwierzę, Jory. – Pogroziła mu palcem.

– Nie, mamo, w klejnocie! W środku są prawdziwe stworzenia.

Przyjrzała się fragmentowi trzymanemu w uchwytach. – Tam? – Nie wyglądała na przekonaną.

– Tak!

– Cóż, nie zachęcałabym ich zbytnio. Jeśli znajdę je w spiżarni, marnie z nimi będzie.

Resztę poranka spędził w gorączce wynalazczości. Potrzebował cieńszych cięć, czystszych odsłon. Pozorna głębia wewnątrz Fensharda nie miała żadnego związku z grubością fragmentu. Wręcz przeciwnie – im cieniej ciął, tym większy i wyraźniejszy stawał się wewnętrzny krajobraz. Zjawisko to gwałciło kilka zasad sztuki jubilerskiej i jedną lub dwie fundamentalne zasady fizyki.

Do południa jego maszyna stała się cudem delikatności i braku rozsądku.

Pedał napędzał główne koło, które kontrolowało pasek, ten zaś aktywował mikroramę, obniżając krawędź o ułamki tak małe, że były głównie teoretyczne. Zakraplacz chłodził ostrze. Dwa ciężarki balansujące niwelowały drgania. Kawałek pękniętego lustra, przyklejony taśmą pod odpowiednim kątem, pozwalał mu obserwować cięcie podczas pracy pedałem i unikania ruchomych części.

Wyglądał jak człowiek próbujący ogolić musze wąsy.

Ostrze zasyczało. Odpadł plasterek cieńszy niż łuska cebuli.

Świat stworzeń ukazał się teraz w cudownie wyraźnym widoku. Powinien mieć grubość zaledwie kilku ziaren piasku, a zamiast tego otwierał się jak szerokie mokradło we mgle. Widział kanały w mazi, małe, zorganizowane ścieżki wydeptane przez powtarzający się ruch. Widział struktury, które w istocie były kopcami wyselekcjonowanego brudu. Widział same stworzenia i poniekąd żałował, że je widzi. Wyglądały jak pulchne, bezokie robaki o ośmiu krępych nogach i okrągłym otworze zamiast ust.

Ale poruszały się z błyskawiczną wydajnością, komunikując się bez słów, rzeźbiąc i modyfikując ogromny obraz jego własnej twarzy, który zajmował środek szerokiej, uprzątniętej przestrzeni.

Był niemal idealny.

Stworzenia roiły się na policzkach, korygując odcień i kontur poprzez przesuwanie szlamu o różnych barwach. Małe zespoły polerowały białka oczu ziarnami bladego minerału. Udało im się nawet naśladować zarost, który pokrywał teraz jego twarz, jako że nie golił się od trzech dni. Usta, szerokie i raczej poczciwe, uśmiechały się do niego łagodnie.

Wbrew sobie Jory znów się uśmiechnął. Stworzenia były z siebie wyraźnie dumne.

– Obiad, synku – powiedziała matka, wnosząc kolejną tacę z jedzeniem. Gdy Jory usiadł do posiłku, spojrzała przez soczewkę. – O, to jest dobre. Znacznie lepsze niż wczoraj. Myślałam, że z zębami było coś nie tak.

Jory gapił się na nią z otwartymi ustami.

– Zamknij buzię, kochanie. To naprawdę obrzydliwy widok. – Poklepała go lekko po policzku.

Jory niemal zakrztusił się jedzeniem. – Jak to: lepsze? Widziałaś to wczoraj?

– Oczywiście, synku. Jestem zajęta, nie ślepa. Zerknęłam sobie, kiedy spałeś.

– Nie wiem, dlaczego mnie kopiują.

– Wygląda na to, że bardzo cię polubiły. To pewnie dlatego, że jesteś taki przystojny. – Uszczypnęła go w policzek z niepotrzebną siłą.

– Nie uważasz, że to… niewiarygodne?

– Ty w to nie wierzysz? Przecież masz to przed nosem.

– Tak, ale pomyśl, co to oznacza. Jak bardzo są inteligentne? Jak mogą poruszać się wewnątrz kamienia? Czy one oddają mi cześć?

Ale matka już machała na niego ręką, odchodząc. – Na pewno to rozgryziesz, kochanie.

Po obiedzie Jory wrócił do badań. Jego portret był teraz niezwykle dokładny, biorąc pod uwagę, że wykonano go w zasadzie z błota.

Uśmiechnął się do nich. Natychmiastowa fala ruchu odzwierciedliła reakcję na jego wizerunku. Wyraźnie widział, że rozpiera je duma.

Poruszyły się ponownie, tym razem unosząc brew portretu, naśladując jego minę sprzed kilku godzin. Poczuł, jak jego własna brew unosi się w odpowiedzi. Stworzenia uniosły drugą brew i nagle Jory zorientował się, że patrzy przez soczewkę z permanentnie zdziwionym wyrazem twarzy.

Hę?

Małe stworzenia były w ekstazie. Osiem nóg oznaczało mnóstwo „przybijania piątek”.

Wtedy do Jory’ego dotarło przerażające olśnienie, z tą spokojną jasnością, jaka towarzyszy cudzym myślom: To nie ty to zrobiłeś.

Wierzył, że skoro widzi je wyraźniej dzięki cieńszym cięciom, one z kolei widzą wyraźniej jego. To wydawało się logiczne. Światło przechodziło, wiedza rosła, dwa światy spoglądały na siebie przez niemożliwą geometrię. Klienci pokochaliby biżuterię, która rysuje swojego właściciela, to pewne. Ale jedna natrętna myśl wciąż próbowała przykuć jego uwagę.

Być może kierunek naśladownictwa nie był tak ustalony, jak zakładał.

A co, jeśli stworzenia nie tylko odtwarzały jego miny, ale wymyślały je pierwsze i przekazywały w górę, przez osobliwą logikę Fensharda, aż rzeczywistość, leniwa i podatna na sugestie, dostosowywała się do nich?

Spojrzał w dół. Lustro mrugnęło do niego. Odmrugnął.

Jory wydał z siebie zduszony dźwięk, wyrwał Fensharda z zacisku i odsunął się od stołu. W niecałą minutę był na dole i za drzwiami, z kamieniem owiniętym w szmatkę i trzymanym na wyciągnięcie ręki, jakby był wyjątkowo cuchnący.

– Weź płaszcz, kochanie! – zawołała za nim matka.


Dzień był pochmurny i wilgotny, co dobrze oddawało jego nastrój. Ścieżka na bagna była mu dobrze znana z mniej niezwykłych wypraw po surowce. Brnął przez kałuże, zjechał z jednego nasypu, spłoszył dwie czaple i kobietę zbierającą leczniczą pleśń, aż w końcu dotarł do cuchnących sadzawek, ciężko dysząc. Woda stała w zielonej ciszy, z wyjątkiem miejsc, gdzie ciemniejsze kanały prześlizgiwały się między stawami w cienkich strumieniach, powoli odprowadzając zgniliznę. Tu i ówdzie powierzchnia drgała od owadów i larw.

To tutaj znajdowano Fenshardy. Stąd pochodził jego konkretny egzemplarz, jeśli wierzyć sprzedawcy.

Stanął nad brzegiem sadzawki. Zawiniątko w jego dłoniach wydawało się ciepłe. Zdawało mu się, że wyczuwa lekkie, wspólnotowe poruszenie.

– Bez urazy – powiedział, odwijając szmatkę.

Światło dzienne padło na plasterek i Jory mógł dostrzec swoją twarz nawet bez soczewki. Nie wyglądała na przerażoną, co uznał za obiecujący znak. Wyglądała – o ile twarz zrobiona ze szlamu przez zachwycone mikroskopijne stworzenia może tak wyglądać – na wręcz chętną do działania. Zielona twarz gapiąca się na niego uśmiechała się, a jego własna twarz natychmiast przybrała ten sam wyraz.

Widział, jak powstają nowe linie. Próbowały wyrzeźbić dłoń.

Blok ciemnego śluzu przesuwał się na miejsce nad głową podobizny. Czy to miała być myśl?

Jory’emu nie spodobały się te implikacje. Ani trochę.

Cisnął Fenshardem najdalej jak mógł, prosto w środek sadzawki. Upadł z mokrym pluskiem i zniknął pod oleistą powierzchnią.

Jory stał przez chwilę bez ruchu, z piersią falującą od oddechu, czekając na koniec świata. W głowie zaświtała mu – szczerze mówiąc, zdecydowanie zbyt późno – myśl: Czy ja teraz utonę?

Nic się nie stało.

Wtedy mięśnie wokół jego ust napięły się i uśmiechnął się. Był to szeroki, mimowolny, doskonały uśmiech.

Jory natychmiast zakrył go obiema dłońmi. Przez jedną mroźną sekundę wyobraził sobie stworzenia tam na dole, w ciemnej wodzie i niemożliwej głębi klejnotu, wciąż pracujące i absurdalnie zadowolone z powrotu do domu.

Potem uśmiech powoli zgasł. Odetchnął, słaby z ulgi.


Matka uniosła sceptycznie brew na widok jego butów, gdy wszedł do domu. – Czy przyniósłś swojej starej matce jakiś prezent? – zapytała sucho.

– Ja, yyy, musiałem skoczyć na chwilę na bagna.

– Przeziębisz się na śmierć, stercząc na bagnach bez płaszcza.

Jory westchnął. – Musiałem wyrzucić ten kamień. To nie… to nie wychodziło.

– I tak nie wiem, kto chciałby kupić biżuterię z twoją twarzą. Kanapkę, kochanie? – Wyciągnęła w jego stronę talerz. Wziął go bez słowa.

– Znów nie mam nic na sprzedaż.

Matka skinęła głową ze współczuciem, wracając już do swoich zajęć. – Tak, kochanie.

– I nie mam pieniędzy.

– Tu akurat niewiele się zmieniło, synku.

– Przynajmniej mam nową maszynę. Może uda mi się z nią coś zrobić.

– Będę teraz potrzebowała moich drutów, kochanie.

Jory opadł na krzesło i pozwolił głowie opaść na stół z głuchym stuknięciem. – Dlaczego nie mogłem go po prostu oszlifować i mieć to z głowy? Dlaczego musiałem zostać bogiem?

– To miło, kochanie.