
Dawno, dawno temu…
Dr Thorne Wilde stanął niegdyś oko w oko z jednym z wielkich lwów pustynnych, mając przy sobie jedynie linę, kompas i coś, co później określił mianem „stanowczej postawy”.
Spędził trzy dni i dwie noce uwięziony w konarach Wilgotnej Wierzby na środku bagna, czekając, aż rozmaite pełzające stworzenia obozujące pod nim ruszą w swoją stronę.
Czterokrotnie udało mu się uciec z bulgoczącego ruchomego błota, polegając wyłącznie na własnym sprycie.
A jednak, gdy stał przed Przedszkolem pod Zielonym Jabłuszkiem z wielką dłonią zastygłą na klamce drzwi, wesoło pomalowanych i obklejonych wszelkiej maści zwierzętami, kwiatami i uśmiechniętymi buźkami, dr Thorne poczuł, jak kropla potu spływa mu po skroni.
Zza drzwi dobiegały ledwie stłumione wrzaski, śmiechy i charakterystyczny dźwięk małego przedmiotu uderzającego z dużą prędkością o ścianę.
Dżungla, pomyślał, tyle że pod dachem.
Drzwi otworzyły się gwałtownie, niemal wciągając go do środka. Za nimi stała energiczna, jasnooka młoda kobieta z burzą kręconych blond włosów. Miała na sobie długą, powiewną spódnicę i żółty kardigan z rękawami luźno podwiniętymi nad łokcie.
— Dr Thorne Wilde! — zawołała Pani Sunshine i, zgodnie ze swoim nazwiskiem, rozpromieniła się w szerokim, szczerym uśmiechu. — Nareszcie pan jest!
Odwróciła się i klasnęła w dłonie, jakby właśnie przywołała z niebios jakąś wielką gwiazdę. — Dzieci! Dzieci, uciszcie się, proszę! Nasz gość przybył!
Dr Thorne przemknął przez próg, trzymając torbę przed sobą niczym tarczę i natychmiast poczuł się nieswojo w swoich obłoconych butach i zakurzonym ubraniu. Zapach, który przenika wszystkie sale pełne małych, rozemocjonowanych dzieci, uderzył w niego z siłą fizycznej fali. Wyciągnął w stronę Pani Sunshine mocno pognieciony kawałek papieru, starając się oddychać przez usta. — Ja, em, dziękuję za list.
— Och, nie ma za co! Tak się cieszymy, że pan nas odwiedził! — Uśmiechnęła się do niego tak, że musiałby być z kamienia, by nie uznać tego za zaraźliwe.
Rozejrzał się po sali. Ocenił, że w środku jest blisko trzydzieścioro dzieci w wieku od trzech do pięciu lat – nie był zbyt dobry w odgadywaniu wieku maluchów. Wpatrywały się w niego, zastygłe w różnych pozach, w których przerwały zabawę, z niemal identycznym wyrazem twarzy: szeroko otwartymi oczami i rozdziawionymi buziami. Było coś w tym otwartym, szczerym spojrzeniu bardzo młodych istot, co wprawiało go w zakłopotanie.
Gdy tak lustrował ich umorusane i zasmarkane twarze, jeden z chłopców powoli wsadził zgięty palec do nosa, cały czas patrząc dr. Thorne’owi prosto w oczy. Sądząc po głębokości, na jakiej zniknął palec, chłopiec musiał kopać w poszukiwaniu złota.
Dr Thorne uśmiechnął się niezręcznie i odchrząknął.
— Ma pan wąsy! — pisnęła jedna z dziewczynek.
Dr Thorne nie spodziewał się takiego początku. — Słucham? Ja, co?
— Moja mama ma wąsy — kontynuowała z powagą.
— Twoja… Zapewne masz na myśli tatę? — zapytał z nadzieją.
Popatrzyła na niego zdezorientowana.
— Czy wpada panu w nie jedzenie? — krzyknął inny chłopiec, zdecydowanie zbyt głośno, zanim dziewczynka zdążyła odpowiedzieć.
— Co? Nie, skądże, nie wpada — odparł szybko dr Thorne. W rzeczywistości wpadało, ale nie zamierzał się do tego przyznawać.
— Dlaczego jest pan taki duży? — dobiegł inny głos z tyłu sali. — Potrzebuje pan większej koszuli — dodał kolejny chłopiec, potakując głową.
— Ja, cóż, bycie odkrywcą to ciężka praca. Dużo się wspinam. A moja koszula jest w porządku — dodał, rzucając surowe spojrzenie ostatniemu rozmówcy.
— Pani Sunshine mówi, że nam nie wolno się wspinać — powiedziała mała dziewczynka, jakby przyłapała go na wielkim kłamstwie.
Pani Sunshine klasnęła radośnie. — Dr Wilde może się wspinać ze względu na swoją pracę. Jest jednym z największych odkrywców na świecie. Wie o klejnotach i stworzeniach więcej niż ktokolwiek inny na świecie.
— A co z tymi, co już nie żyją?
— O nich też — odparł sucho dr Thorne.
Pani Sunshine roztropnie pociągnęła temat dalej, zanim dzieci zdążyły zagłębić się w tę króliczą norę. — Dr Wilde był tak uprzejmy, że przyszedł opowiedzieć nam o historii naszego świata.
Dzieci nie wyglądały na szczególnie pod wrażeniem tej zapowiedzi, ale zdawały się akceptować fakt, że usłyszą jakąś opowieść. Wszystkie usiadły na podłodze i wpatrywały się w niego z głowami zadartymi tak mocno, że niemal dotykały pleców.
Dr Thorne prowadził już wykłady. Dla uczonych, naukowców, a nawet innych odkrywców. Podejrzewał jednak, że to zadanie będzie trudniejsze.
Pani Sunshine przyniosła mu małe krzesełko.
Dr Thorne spojrzał na nie.
Krzesełko odwzajemniło spojrzenie z rodzajem radosnej złośliwości. Było mniej więcej tej samej wielkości co te, na których siedziały dzieci. Pani Sunshine skinęła na niego zachęcająco.
Z ponurą rezygnacją dr Thorne ostrożnie na nim usiadł. Mebel wydał cichy trzask, a mężczyźnie zaparło dech, ale konstrukcja wytrzymała. Kolana miał pod samą brodą. Prawdę mówiąc, niemal lepiej byłoby mu usiąść na ziemi.
— No dobrze, dzieci — powiedziała Pani Sunshine do przejętych buź przed nią. — Załóżmy teraz nasze uszka do słuchania. — Przyłożyła dłonie do uszu.
Garstka dzieci powtórzyła jej gest.
Dr Thorne odchrząknął. Powinien był zabrać ze sobą wodę. — Dzień dobry.
— DZIEŃ DOBRY! — wrzasnęły dzieci, sprawiając, że aż się wzdrygnął. To było głośne. — Dzień dobry — powtórzyło jedno dziecko z tyłu, pięć sekund po wszystkich innych.
— Jak powiedziała wasza pani — skinął głową w stronę nauczycielki, która odwzajemniła gest promiennym uśmiechem — nazywam się dr Thorne Wilde. Badam dzikie ostępy, studiuję stworzenia i dowiaduję się wszystkiego, co tylko możliwe, o klejnotach i ich działaniu.
— Czy bada pan dzikie ostępy, bo nazywa się pan Wilde? — zapytał chłopiec w zielonej bluzce.
— Nie.
— Czy ma pan miecz? — zapytał inny.
— Nie.
— A armatę?
Dr Thorne postanowił szybko przejść do rzeczy. — Pani Sunshine wspomniała, że chcielibyście usłyszeć, jak nasz świat stał się taki, jaki jest dzisiaj.
Dziewczynka w pierwszym rzędzie zmarszczyła brwi. — Czy zawsze było dzisiaj?
Dr Thorne otworzył usta, po czym je zamknął. Nie miał pojęcia, o co jej chodzi. Pani Sunshine uśmiechnęła się do niego, nie oferując żadnej pomocy. — Nie — powiedział w końcu. Wyglądało na to, że zgadł. — Dawno temu nasz świat wyglądał zupełnie inaczej.
— Jak dawno? — zapytała dziewczynka.
— Bardzo dawno.
— Sto lat temu?
— Raczej tysiące lat temu.
Popatrzyła na niego z pustką w oczach.
— To więcej niż sto. — Dziewczynce opadła szczęka. Inne dzieci również wydały się tym zaimponowane. Dr Thorne kontynuował. — Zanim powstało to wszystko, co znacie, zanim zbudowano drogi i miasta, zanim urodzili się wasi rodzice, ich rodzice i rodzice ich rodziców… zanim to wszystko się zaczęło, istniały inne cywilizacje. Inni ludzie przed nami.
W górę wystrzeliła ręka. Należała do chłopca z farbą na twarzy. — Czy mieli przekąski?
Dr Thorne spojrzył na niego podejrzliwie. Chłopiec patrzył z całkowitą powagą. — Tak.
— Jakie?
— Nie wiem. Pewnie smaczne.
— To skąd pan wie, że istnieli naprawdę?
W sali rozległ się pomruk aprobaty; najwyraźniej wszyscy uznali to za doskonałe pytanie.
Dr Thorne poruszył się na krześle, które stawało się skrajnie niewygodne. Starał się starannie dobierać słowa. — Czasami znajdujemy różne rzeczy — powiedział. — Ruiny, drogi, starą… technologię. Większości możemy się domyślić, ale są rzeczy… Rzeczy, które po prostu wykraczają poza nasze zrozumienie.
— Skoro wykraczają, to dlaczego po prostu po nie nie pójdziecie?
Wziął głęboki oddech. — Chodzi mi o to, że nie rozumiemy, jak działają, co robią i dlaczego w ogóle wciąż działają. Są strasznie stare.
— Starsze od pana?
Dr Thorne postanowił to zignorować. — Ci ludzie budowali cuda. Rzeczy znacznie wykraczające poza to, co potrafimy dzisiaj. — Zniżył głos i pochylił się do przodu. Połowa dzieci zrobiła to samo, oczarowana. — Ale wtedy niebo pękło — powiedział, gwałtownie klaszcząc w dłonie. Dr Thorne był potężnym mężczyzną, a jego dłonie były twarde i zrogowaciałe od lat ciężkiej pracy. Huk, jaki wydały, poniósł się echem po sali, sprawiając, że wszyscy podskoczyli. Pani Sunshine położyła rękę na sercu i zaśmiała się. Kilkoro dzieci spojrzało na sufit, jakby mogły przez niego dostrzec niebo i zastanawiały się, czy zaraz znowu nie pęknie.
— Daleko na północy, gdzie jest tak zimno, że gdybyście splunęli…
— Dzieci, my nie plujemy — wtrąciła szybko Pani Sunshine.
— …to ślina zamarzłaby, zanim dotknęłaby ziemi, ogromny meteor – wielka skała – przebił się przez chmury. Większy niż góra, pędził przez niebo tak jasny, że noc zamieniła się w dzień. Gdybyście tam byli i to zobaczyli, ośleplibyście — powiedział, zakrywając oczy. — Gdybyście tam byli i to usłyszeli, ogłuchlibyście. — Zakrył uszy. — A kiedy uderzył w ziemię… — Zawiesił głos dla dramatyzmu. — BUM! — ryknął.
Dzieci znów podskoczyły, a kilkoro pisnęło.
— Ziemia pękła — kontynuował dr Thorne, tym razem łagodniej, bo kilkoro maluchów wyglądało na szczerze przerażonych. — Świat zadrżał. Miasta upadły. Wyrosły nowe góry, a wybrzeża i plaże zostały pogrzebane pod gigantycznymi falami, wyższymi niż możecie sobie wyobrazić.
— Czy meteor powiedział „przepraszam”? — szepnęła mała dziewczynka z kucykami.
— Nie powiedział — odparł poważnie dr Thorne.
Dla dzieci wydało się to wyjątkowo niegrzeczne z jego strony.
— A tym, co sprawiło, że ten wielki meteor był tak niezwykły – co zmieniło wszystko – było to, co niósł w środku. — Sięgnął do torby. Dzieci pochyliły się tak mocno, że niektóre o mało nie straciły równowagi. Pani Sunshine również przysunęła się bliżej.
Wyciągnął przezroczysty szmaragd w kształcie łzy, który lśnił i skrzył się, mimo że w sali nie było światła, które mógłby odbijać. — Meteor był pełen klejnotów.
W sali wybuchła wrzawa. Gdyby wyciągnął torbę cukierków i rzucił ją między nich, reakcja nie byłaby szybsza. Wszystkie dzieci mówiły naraz, paląc się do tego, by dotknąć klejnotu.
— Uspokójcie się, dzieci! — zawołała Pani Sunshine.
Świetnie poradziłaby sobie w wojsku, pomyślał dr Thorne, widząc, jak dzieci natychmiast wracają na miejsca, choć były teraz znacznie bardziej rozbrykane niż wcześniej.
— Czy to… em, bezpieczne? — zapytała go szeptem.
— Ten tak — odparł dr Thorne, podrzucając klejnot w górę i łapiąc go, co sprawiło, że Pani Sunshine na moment zacisnęła dłonie w pięści. — To Wiatroszkło. Powszechny klejnot, który można znaleźć na skalistych wzgórzach na preriach. — Lekko pacnął małą rączkę, która centymetr po centymetrze skradała się w stronę kamienia. — Jest w zasadzie nieszkodliwy. Inne jednak bywają groźne.
— Jakie inne? — krzyknął rozczochrany chłopiec. — Takie błyszczące?
— Tak.
— Wielkie? — zawołał inny.
— Tak.
— Czy można je jeść?
— C- Co? Nie.
— A chociaż pan próbował? — Chłopiec wydawał się rozczarowany brakiem zaangażowania dr. Thorne’a.
— To nie jest jedzenie. — Przerwał na chwilę, po czym poczuł się w obowiązku dodać: — Nie jedzcie żadnych klejnotów, które znajdziecie.
Pani Sunshine wydała z siebie krótki dźwięk, który mógł być stłumionym śmiechem.
— Klejnoty w tym meteorze nie przypominały niczego, co świat wcześniej widział — kontynuował dr Thorne. — Niektóre świeciły, inne buczały, jeszcze inne trzymały ciepło bez ognia. Niektóre robiły – i robią – rzeczy, których wciąż nie rozumiemy. I nie leżały po prostu w miejscu; uderzenie rozrzuciło je po całym świecie. One zmieniły rzeczywistość. — Zawiesił głos dla efektu.
Dzieci wpatrywały się w niego z niezrozumieniem.
— Na przykład co? — zapytała znów mała dziewczynka z przodu.
— Cóż, klejnoty zaczęły zmieniać samą krainę. Jednak największa zmiana zaszła w stworzeniach, które przeżyły wybuch lub pojawiły się tuż po nim. Niektóre zwierzęta zyskały dziwne zdolności. Niektóre zmieniły kształt. Inne stały się zupełnie nowymi gatunkami.
— Jakimi? — zawołał chór głosów.
— Na przykład Piaskowąs — powiedział dr Thorne. Tę część mógłby opowiadać przez sen. — Żyje na pustyni, a jego uszy są tak czułe, że podobno słyszy kogoś idącego po drugiej stronie pustyni. Albo Trzcinomyk. To taka mała, niebieska żaba żyjąca na bagnach. Jeśli jej dotkniecie, przez wiele godzin będziecie mieć wizje. Albo Mirażobieg…
— Czy on biega bardzo szybko? — zapytał szybko mały chłopiec. Dr Thorne zauważył, że wszyscy mali chłopcy mają obsesję na punkcie szybkiego biegania.
— Owszem — odparł. — Znika, gdy tylko zorientuje się, że tam jesteście. — Chłopiec wydał z siebie pełne podziwu „ooo”.
— Ale sedno tkwi w tym — kontynuował — że klejnoty i stworzenia stały się ze sobą powiązane. Aby znaleźć stworzenia, właściwie je zrozumieć, podejść do nich, a nawet je zobaczyć, trzeba mieć przy sobie odpowiedni klejnot.
— Czy to jest klejnot? — zapytał inny chłopiec, wygrzebując kamyk z ogrodniczek i podsuwając go dr. Thorne’owi pod nos.
— To zwykły kamień.
Chłopiec wyglądał na zawiedzionego.
— A to? — zapytała dziewczynka.
— To szyszka — odparł dr Thorne, lekko skonsternowany. — Tylko właściwy klejnot zareaguje na właściwe stworzenie — dodał pośpiesznie, widząc, że kolejne dzieci zaczynają opróżniać kieszenie.
— Dlaczego? — zapytała mała dziewczynka z przodu. Wydawała się niezwykle ciekawa, więc dr Thorne od razu ją polubił.
— Nie wiem — przyznał.
Szok na jej twarzy podpowiedział mu, że żaden dorosły nigdy wcześniej nie odważył się przyznać przed nią do niewiedzy. Pani Sunshine uśmiechała się tak szeroko, że niemal pękały jej policzki.
Mówił dalej. — Nie wszystkie klejnoty są sobie równe. Niektóre można znaleźć na całym świecie, podczas gdy inne są tak rzadkie, że nie jesteśmy nawet pewni, czy istnieją. Klasyfikujemy je według rzadkości: pospolite, niepospolite, rzadkie, epickie i legendarne.
W sali znów zawrzało.
— Ja chcę legendarny!
— Mój tata zawsze mówi, że jestem rzadkim okazem!
— Mój brat jest pospolity!
Pani Sunshine klasnęła w dłonie. — Pojedynczo, proszę.
Dr Thorne podniósł nieco głos, by przebić się przez gwar. — To, że coś jest rzadsze, nie oznacza, że jest lepsze. Pospolity klejnot może być niezwykle użyteczny. Legendarny klejnot może być kapryśny i wywrócić wasze obozowisko do góry nogami.
— Czy ma pan legendarny? — zapytał chłopiec z czymś, co wyglądało na dżem na twarzy.
— Nie — skłamał dr Thorne. Nie zamierzał wkładać kija w to mrowisko.
— A widział pan kiedyś taki?
— Tak — odparł krótko.
W sali zapadła cisza, dzieci wyczuły jakąś tajemnicę.
— Czy klejnoty skrzywdziły zwierzęta? — zapytała mała dziewczynka, zanim zdążył cokolwiek dodać. Do tej pory siedziała cicho, mocno ściskając pluszowego królika.
Dr Thorne przyjrzał się jej uważnie. — Czasami tak. Czasami zmieniały rzeczy w sposób, który był trudny. Ale świat się przystosował. Stworzenia się przystosowały. Nawet ludzie, kiedy w końcu stanęli na nogi, też się przystosowali. Nauczyliśmy się, które klejnoty pomagają, które szkodzą lub są niebezpieczne, i które są powiązane z konkretnymi stworzeniami. Zbudowaliśmy nowe miasta, nowe narzędzia, nowe sposoby życia. Ale północ… — Wykonał nieokreślony gest ręką za siebie. Dzieci posłusznie spróbowały spojrzeć przez ścianę. — Północ nigdy tak naprawdę się nie zagoiła.
Znów miał ich pełną uwagę.
— W krainach, w które uderzył wielki meteor — powiedział — świat wciąż jest pęknięty. Nadal można to zobaczyć. Są miejsca, gdzie ziemia rozpadła się na wielkie płyty, które uniosły się w górę i nigdy nie opadły. Całe połacie lądu unoszą się w niebie, dryfując wśród chmur. Czasami, jeśli upuścisz kamień, on zamiast spaść, poleci w górę.
— To brzmi NIESAMOWICIE — szepnęło jedno z dzieci.
Dr Thorne zamrugał. Nie takiej reakcji się spodziewał. — Wcale nie — uciął natychmiast.
— Czy można między nimi skakać?
— Cóż, ja bym nie radził. Chyba że ma się linę przywiązaną do czegoś solidnego, na wypadek gdyby się nie wróciło na dół — przyznał.
— Czy domy mogą latać?
— Raczej nikt by ich tam nie budował, ale pewnie tak.
— A psy mogą latać?
Dr Thorne westchnął. — Tak.
Dzieci wiwatowały.
— Na dalekiej północy grawitacja zachowuje się dziwnie. Można poczuć się tak ciężkim, że próba podniesienia stopy staje się udręką. Kompasy przestają działać, więc nie wiadomo, w którą stronę się idzie. Czas płata figle. Czasami godziny mijają w mgnieniu oka.
Dzieci pokiwały głowami ze zrozumieniem. Wiedziały wszystko o tym, jak czas ucieka podczas dobrej zabawy.
— Odkrywcy, którzy odważyli się zapuścić na północ, znikali i nikt nigdy więcej o nich nie słyszał.
— Skąd pan wie? — zapytało dziecko.
— Bo nikt nigdy więcej o nich nie słyszał.
— Może po prostu poszli do domu.
— Jestem pewien, że ktoś ich szukał — powiedział dr Thorne po dłuższej pauzie.
— Czy był pan zobaczyć meteor? — zawołał głos z tyłu.
Dr Thorne zastanowił się głęboko, ile im wyjawić. — Podszedłem na tyle blisko, że widziałem meteor majaczący w oddali.
— On tam wciąż jest?! — zawtórowało mu kilka głosów z niedowierzaniem.
— Tak, wciąż tam jest. Nadal jest ogromny. W pobliżu jest góra, z której widać bardzo, bardzo daleko, i jeśli pogoda jest ładna… — Pokręcił głową. — Ale potem odszedłem. Nie podobało mi się to, co czuć było w powietrzu.
— Bał się pan? — zapytała dziewczynka, patrząc na jego potężną posturę.
— Tak — odparł, a jego szczerość wywarła na nich wrażenie. — Każdy rozsądny odkrywca czegoś się boi. Strach jest pożyteczny. Pozwala zachować czujność.
— Skoro się pan bał, to dlaczego pan tam poszedł? — zapytała ponownie.
— Idę tam, gdzie mogę się czegoś nauczyć — wzruszył ramionami.
Pani Sunshine wpatrywała się w niego otwarcie, co sprawiło, że poczuł się nieco skrępowany. Gdy zauważyła, że na nią patrzy, drgnęła lekko i szybko odchrząknęła, a na jej policzkach pojawił się rumieniec. — No dobrze, dzieci — powiedziała radośnie, uśmiechając się do wszystkich. — Czego się dzisiaj nauczyliśmy?
— Świat jest dziwny przez kosmiczne kamienie!
— Psy potrafią latać!
— Zjem klejnot!
— Dr Thorne jest strasznie stary!
Dr Thorne ucisnął nasadę nosa.
— Dobrze, klaso — zawołała Pani Sunshine, podchodząc do dr. Thorne’a i kładąc mu dłonie na ramionach. Zdawały się tam spoczywać nieco dłużej, niż było to konieczne. Pewnie przez przypadek. — Ustawcie się w kolejce i wręczcie miłemu panu doktorowi rysunki, które dla niego przygotowaliście.
W sali zapanował ruch, dzieci zerwały się na równe nogi i pobiegły do swoich stolików. Wkrótce wszystkie stały w czymś na kształt kolejki, niemal podskakując z nadmiaru energii.
Pierwsza podeszła dziewczynka, która nieśmiało podała mu kartkę. Była na niej wielka, okrągła twarz z dwiema nogami zajmującymi całą wysokość strony. W tle widniało kanciaste, żółte słońce.
— Dziękuję, jest śliczny — powiedział dr Thorne po chwili, a twarz dziewczynki zrobiła się purpurowa.
Następny rysunek był kalejdoskopem kolorowych bazgrołów. W rogu widniał rozmazany odcisk dłoni. Chłopiec spojrzał na niego bez słowa, po czym uciekł, zanim dr Thorne zdążył cokolwiek powiedzieć.
Na kolejnym obrazku dr Thorne był ewidentnie zjadany przez coś wielkiego. — To krokodyl! — pisnął entuzjastycznie autor. Dr Thorne uśmiechnął się blado.
— A to wszystko na mnie to… — zapytał przy kolejnym rysunku, wskazując na bazgroły.
— To brud — powiedziała dziewczynka, potakując głową. Spojrzała na jego buty, a potem znów na niego, jakby wyzywała go, by spróbował zaprzeczyć.
— A te kreski?
— To pana zapach. Pani Sunshine mówiła, że jak pan jedzie na wyprawy, to nie ma tam wanien ani niczego.
Za jego plecami Pani Sunshine parsknęła śmiechem.
I tak to trwało, aż dr Thorne trzymał w rękach niechlujny stosik rozmaitych wizji niebezpieczeństw i własnej zguby. Jakie historie opowiadała im ich nauczycielka, zanim tu przybył?
Wstał, czując sztywność w kolanach po siedzeniu w niewygodnej pozycji. — Bardzo wam dziękuję — powiedział, wymachując plikiem kartek. — Wszystkie są wspaniałe. — Poczuł, że powinien dać im coś w zamian. Sięgnął do torby i wyciągnął pierwszą rzecz, na którą natrafiła jego dłoń. — To jest Rzeźbiona Szczęka — powiedział o skamieniałej kości pokrytej rytami. — Jest… naprawdę stara. — Podał ją dziecku stojącemu najbliżej.
Spojrzał na Panią Sunshine. — Czy to… odpowiedni prezent? — zapytał niepewnie. — Nie jest zbyt… — szukał słowa — …przerażający?
— Uwielbiają go — powiedziała, ściskając go lekko za ramię. Spojrzała na niego z uśmiechem. Czy ona podśpiewywała pod nosem?
Dr Thorne wskazał na drzwi. — Powinienem już chyba ruszać.
Znów drgnęła lekko, jakby wracała z krainy marzeń. — Tak, oczywiście. — Zaprowadziła go do wyjścia. — Na pewno czeka na pana mnóstwo wypraw i przygód.
Otworzył drzwi, a świeże powietrze wpadło do środka, dodając mu sił.
— Jeszcze raz dziękuję, że pan przyszedł — powiedziała, znów promieniejąc. — Byli oczarowani. Ma pan świetne podejście do dzieci.
Dr Thorne poprawił torbę i zaśmiał się sucho. — Zostawiam ich w pani rękach. Każdy ma swoją specjalność, wie pani.
— Proszę zaglądać do nas w każdej chwili — zawołała, gdy zaczął odchodzić. Nie wydawała się śpieszyć z zamknięciem drzwi. — W każdej chwili.
— Uhu — mruknął, mając nadzieję, że brzmi to niezobowiązująco.
W końcu odwróciła się, a zanim drzwi się zatrzasnęły, usłyszał jej okrzyk: — Dobrze, myślę, że czas na przekąskę! — po czym nastąpił chór radosnych okrzyków.
— Patrzcie na moje epickie jabłko! To naprawdę klejnot, który sprawia, że jestem niewidzialny…
— Mój herbatnik jest legendarny! Daje mi super siłę…
Potem słyszał już tylko stłumione dźwięki.
Dr Thorne uśmiechnął się i wyciągnął mocno, słysząc, jak strzelają mu kręgi w plecach. Czas było wrócić do dżungli, którą znał.