
Noc, w którą Tundra Pękła
Pip Lenson skulił się niżej w saniach, potrząsany, gdy kolejny dziki podmuch zawył przez białą przestrzeń, przenikając wełnę, futro i więcej warstw bielizny, niż zdołałby zliczyć, znajdując luki, o których istnieniu nie wiedział. Był to leniwy wiatr, jak powiedziałby jego ojciec. Niezainteresowany owiewaniem cię, po prostu przeszedłby przez ciebie.
Wiatr nigdy nie ustawał na tundrze; niewiele było, by go zatrzymać. Jego rzęsy zaczęły się sklejać. Palce, grube i niezdarne w rękawicach, czuły się, jakby należały do kogoś innego.
Husky biegły niewzruszenie w zwartej formacji, ich łapy szeleściały po ubitym śniegu. Prowadząc sanie za nim, stał Dr Thorne Wilde, szerokoramienny i niewzruszony, wpatrując się nieruchomo w białą poświatę wokół nich. Jego wąsy były pokryte szronem, a on sam był bez swojego charakterystycznego kapelusza, ale poza tym, nieustraszony odkrywca nie dawał żadnych znaków, że zimno mu przeszkadza.
Z boku, na drugich saniach z resztą ich ekwipunku, jechał Noor, lokalny przewodnik, który wyglądał, jakby świetnie się bawił, pędząc i podskakując. Pip zmarszczył brwi w jego stronę.
Byli na tundrze od kilku dni, a to był ich drugi dzień poza głównym obozem. Podróżowali zaprzęgiem husky przez grzbiety i lodowe jeziorka, biwakując w wykutych zagłębieniach pod głębokim, sproszkowanym śniegiem. Pomimo zimna, twarz Pipa była opalona, a jego palce u stóp weszły w coś, co podejrzewał, że było długotrwałym konfliktem z resztą jego ciała.
Pip przestawił się wśród bagażu w ich saniach, próbując zagrzebać się głębiej. Poprawił aparat zawieszony na szyi, kręcąc ostrością raz w jedną, raz w drugą stronę. Obiektyw zaparował. Znowu.
„Myślę, że zamarzł” – krzyknął przez wiatr, lekko zaniepokojony.
„To tundra” – powiedział Dr Thorne, obdarzając go szybkim uśmiechem. „Rzeczy zamarzają.”
Pip próbował przetrzeć obiektyw końcem szalika. Jego grube rękawice utrudniały wszystko. Obiektyw się rozmazał, a Pip westchnął.
W obozie tego wieczoru Noor z spokojną skutecznością kopał w śniegu, wycinając schronienie z grubej zaspy. Jego krótka łopata wycinała duże bloki śniegu, które układał na różne sposoby, i wkrótce wszyscy byli ściśnięci w czymś, co było w zasadzie podziemnym domem ze śniegu. Śnieg był tu głęboki, z łatwością wyższy niż którykolwiek z nich, a to było zanim Noor dodał swoje bloki. Psy spały na zewnątrz, zwinięte obok zakrzywionej osłony przeciwwiatrowej, którą Dr Thorne wykonał. Wykopaliby je rano. Wydawało się, że wolą to.
Gdy Noor umieścił ostatni blok na miejscu, a krzyk wiatru stłumił się do dalekiego jęku, w końcu mogli zdjąć kilka warstw i odpocząć na podniesionych półkach wykutych w ścianach.
Dr Thorne rozwinął fasetowany, pomarańczowy odłamek z woskowanej tkaniny w swojej sakiewce. Pip pochylił się z niecierpliwością. Ember Shard.
Używając noża, Dr Thorne odłamał mały kawałek klejnotu. Rozmawiał z Noorem w jego ojczystym języku, który był swego rodzaju toczącą się mową przerywaną od czasu do czasu kliknięciem. Noor przez chwilę wyglądał na zamyślonego, po czym szybko ułożył kamienie w krąg z małym stosikiem drewna. Pip nigdy nie słyszał, jak tubylec mówi, i skąd czerpał swoje nieskończone zapasy drewna na opał, Pip nie wiedział.
Dr Thorne położył odłamek klejnotu na środku kamieni i zmiażdżył go rękojeścią swojego ostrza. Rozbłysnął życiem w czystym, jasnym płomieniu, równym i gorącym. Noor ułożył rozpałkę, i wkrótce w ich legowisku trzaskał prawdziwy ogień, a dym wznosił się spiralnie przez dziurę w dachu. Pip z wdzięcznością wyciągnął ręce, pragnąc, by jego ciało wchłonęło ciepło, jakby mógł je jakoś zmagazynować na jutro.
Jedli szybko. Gęsty, pożywny gulasz wraz z nieco czerstwym chlebem, który trzeba było moczyć w sosie, zanim mogli go zjeść. Dr Thorne użył żaru z ogniska do podgrzania wody na szybkie golenie.
Następnie Dr Thorne ostrożnie rozwinął zwój zniszczonych dokumentów. Strony były sztywne, popękane i łuszczyły się, jeśli były niewłaściwie obsługiwane. Były pokryte symbolami, które Pipowi wyglądały, jakby ktoś upuścił pudełko spirali na papier i odszedł.
Pip pochylił się. „Czy jesteśmy przynajmniej blisko?”
„Może” – odpowiedział Dr Thorne. Stuknął w skupisko symboli. „Jestem dość pewien, że te oznaczenia odpowiadają cyklom księżycowym, a ten powtarzający się sigil tutaj” – powiedział, śledząc go grubym palcem – „odnosi się do dziewiętnastego dnia. Tak mi się wydaje. I tutaj” – kontynuował, zanim Pip zdążył mu przerwać. „Lód popękany nad głęboką wodą. Popękane lodowe jeziorka.”
Pip spojrzał na niego z powątpiewaniem. Nie wyglądało to w ogóle na to. Tak mi się wydaje, powiedział. „To klejnot?”
Dr Thorne skinął głową. „The Starfrozen Core” – szepnął z czcią. „Legendarny. Mówi się, że jest kluczem do ujrzenia Aurora Drake.”
„Aurora Drake nie jest prawdziwy” – powiedział Pip, półuśmiechając się.
„Czyżby nie?” Dr Thorne uśmiechnął się pewnie. „Chyba się przekonamy.”
Pip wiedział, że nawet jeśli ta ekspedycja okaże się klapą, odkrywca nigdy się nie podda. Dr Thorne był wiecznie optymistyczny. Nieustannie tropił tajemnice świata. Sukces i niepowodzenia przyjmował z tym samym łagodnym humorem. Pip ułożył się z powrotem w swoich futrach i spróbował zasnąć.
Dziewiętnastego dnia dotarli do trzeciego lodowego jeziorka, właśnie gdy światło zaczynało słabnąć. Powierzchnia była popękana głębokimi szczelinami, gotowymi złapać nieuważną kostkę. Dr Thorne padł na kolana i zmazał nagromadzenie sproszkowanego śniegu. Blado-niebieskie światło sączyło się z dołu, tak słabo, że było prawie niedostrzegalne. „Tam” – powiedział cicho, jakby od początku wiedział, że tam będzie.
Pip przysiadł obok niego. Początkowo Pip myślał, że światło jest odbiciem nieba, ale głęboko w wodzie, daleko pod powierzchnią, coś migotało. Nie jasno, per se. Bardziej gęsto.
Pracowali szybko. Noor wbił metalowy szpikulec w pęknięcie w lodzie i wkrótce udało mu się podważyć fragment. Jeziorko wydało z siebie oddech zamarzającej mgły.
Zanim Pip zdążył coś powiedzieć, Dr Thorne zrzucił swoje zewnętrzne warstwy, rozebrał się do pasa i zanurzył ramię w wodzie, niemal bez grymasu. Za doktorem, Noor właśnie odwrócił się z długą siecią, którą ściągnął z ich sań. Tubylec spojrzał na Dr. Thorne’a, wyglądał, jakby miał coś powiedzieć, po czym cicho spakował sieć z powrotem.
Z ostatnim, celowym ruchem i okrzykiem triumfu, Dr Thorne wyciągnął ramię, ochlapując Pipa po twarzy wodą zimniejszą, niż sądził, że jest to możliwe. Ramię i bark doktora były paląco czerwone, ale w dłoni ściskał coś.
Podrzucił to Pipowi, a Pip, zaskoczony, prawie to upuścił. Było cięższe, niż wyglądało.
Pip wpatrywał się w klejnot, podczas gdy Dr Thorne szybko się osuszył i ubrał. The Starfrozen Core. Był mniej więcej wielkości jego dłoni, zimny, ale nie boleśnie, i w kolorze głębokiego błękitu graniczącego z czernią, nakrapiany gwiazdopodobnymi plamkami. Nie, nie nakrapiany. Były wewnątrz klejnotu. Gdy się wpatrywał, klejnot zdawał się rozciągać w nieskończoność – zamarznięta galaktyka uchwycona w wirze. Czuł się starożytny.
Drżał delikatnie przez jego rękawice. Był tego pewien.
„Trzymaj się tego” – powiedział Dr Thorne, kończąc zawiązywać płaszcz wokół siebie.
„Ja?” – zapytał Pip, teraz z obawą.
„W tej chwili nie czuję palców” – powiedział doktor z mrugnięciem.
Wokół nich wiatr nagle się zaostrzył. Niebo przybrało niespokojny charakter, który Pipowi się nie podobał. Nawet husky zdawały się to wyczuwać, wąchając powietrze i nisko skomląc w gardłach. Niespokojnie przestępowały w uprzęży.
Dr Thorne studiował niebo. „Ona nie lubi, gdy się ją porusza” – mruknął. „Chodźmy” – powiedział nagle. „Dziś rozbijemy obóz wcześniej.”
Odszedł, rozmawiając z Noorem w tym dziwnym języku, wskazując tu i tam.
Pip wpatrywał się w Starfrozen Core w swoich dłoniach. Legendarny klejnot.
Następnego dnia, dwudziestego, wyruszyli wcześnie.
Dr Thorne miał teorię. Zawsze miał teorię. „Jeśli dobrze zrozumiałem dokumenty” – krzyknął przez wiatr, gdy ślizgali się po śniegu – „Drake powstaje tam, gdzie oddycha zamarznięta ziemia. Nie ze śniegu. Z wiecznej zmarzliny. Gleby, która nie rozmarzła od wieków.”
„Dlaczego?” – zawołał Pip.
„Dlaczego z wiecznej zmarzliny?” – zapytał Dr Thorne. Wybuchnął śmiechem i potrząsnął głową. „Tak wiele nie wiem. Jeśli znajdziemy jednego, na pewno go zapytam.”
Pogoda pogarszała się w miarę upływu dnia. Śnieg zaczął smagać po ziemi w poziomych płachtach. Widoczność się zmniejszała, rozjaśniając się tylko na chwilę, w zależności od tego, jak wiał wiatr. Świat sprowadził się do bieli i szarości oraz niestrudzonych grzbietów husky.
Dr Thorne nie dawał żadnych znaków, że pogoda go niepokoi. Noor poruszał się jak zawsze – stabilnie, oszczędnie, pogodzony z tym, co tundra zechce zaoferować.
Pip jednakże zamarzał.
Zanim Dr Thorne skierował ich w stronę grzbietu, by znaleźć lepszy punkt widokowy, zęby Pipa dzwoniły tak mocno, że czuł to w uszach.
„Tam, na górę!” – krzyknął Dr Thorne, osłaniając usta. „Z wysokości zobaczymy dalej! To musi być dzisiaj!”
Husky ciężko wbiegały na pochyłość, a oni pochylali się w stronę wiatru. Na szczycie Dr Thorne i Noor podeszli do krawędzi grzbietu, skanując ciemniejący krajobraz, choć Pip nie wiedział, jak cokolwiek widzieli w zamieci.
Światło szybko zanikało. Dwaj mężczyźni musieli krzyczeć, by się usłyszeć, a Pip nie mógł zrozumieć ani słowa.
Pip kucnął przy saniach, z bolącymi rękami. Nie czuł już swoich opuszków palców prawidłowo.
Tylko trochę ciepła, pomyślał.
Pochylił się nad saniami i grzebał w torbach, aż jego ręka w rękawicy zacisnęła się wokół Ember Shard. Tylko trochę ciepła.
Gdy trzymał Ember Shard blisko siebie, jego własna sakiewka nagle się przesunęła, jakby ciągnięta przez gigantyczny magnes.
„Co do…” – tylko tyle zdążył powiedzieć, zanim zapięcie jego sakiewki pękło i Starfrozen Core wystrzelił, uderzając w Ember Shard z bolesnym brzękiem, który ukłuł go w uszy.
Wibracja przetoczyła się przez powietrze, początkowo subtelna, potem narastająca. Śnieg pod jego butami zadrżał. Starfrozen Core zawisł w powietrzu, wirując szybko, brzęcząc wściekłym, narastającym tonem. Śnieg wokół niego zaczął za nim podążać, kłując jego odsłoniętą skórę, gdy obracał się coraz szybciej.
Grzbiet zadrżał, opadając o długość dłoni, tak że spadający śnieg na sekundę zdawał się zawiesić w powietrzu. Z rykiem wokół Pipa wybuchł huragan śniegu i lodu, wiatr krzyczał w ciasnej spirali.
„Pip!” – ryknął Dr Thorne, choć Pip właściwie go nie słyszał. Potem zniknął z pola widzenia.
Grzbiet się rozpadł, a żołądek Pipa ścisnęło w przyprawiającym o mdłości szarpnięciu. Świat przechylił się gwałtownie.
Runął w dół stoku, szukając oparcia, łapiąc się czegokolwiek, łapiąc tylko powietrze. Śnieg wsypał mu się za kołnierz, pod koszulę, do ust, i nie wiedział niczego poza wirowaniem w powietrzu i upadaniem, zanim znowu zaczął wirować. Pip stracił wszelkie poczucie, co jest górą.
Potem uderzył o płaski grunt i uderzył mocno. Leżał tam, na wpół zasypany, oszołomiony, ból przeszywał go zewsząd. Wiatr nadal wiał przez otwartą przestrzeń. Stok nad nim całkowicie się zawalił, pociągając go ze sobą.
Ziemia pod nim była jak żelazo, bezlitośnie go kłując pomimo jego warstw. Wieczna zmarzlina, pomyślał, kręcąc się w głowie.
Starfrozen Core nadal wirował kilka metrów dalej, szaleńczo brzęcząc, strzelając co kilka sekund jak tłuszcz na gorącej patelni i jasno rozbłyskując w zanikającym zmierzchu.
Rozległ się ostry, słyszalny trzask. Taki, który Pip poczuł w kościach. Zamarł, przewidując najgorsze.
Ziemia przed nim pękła. Nie śnieg – ziemia.
Wieczna zmarzlina rozpadła się jak rozbite szkło, każdy dźwięk trzaskania bicza czuł się jak uderzenie w twarz, wypychając powietrze z jego płuc. Światło wylało się z ziemi.
Przed Pipem, Aurora Drake powstał z ziemi, przepychając się przez ogromne jej kawałki, jakby niczym były, i rozrzucając je z hukiem w dal.
Pip otworzył usta ze zdumienia. Drake był ogromny, większy od domu. Wznosił się nad nim, strząsając zamarznięte grudy ziemi ze swego długiego, wężowego ciała. Był niebieski, zielony, akwamarynowy, Pip nie mógł stwierdzić. Z każdym ruchem kolor jego łusek migotał i zmieniał się. Rozwinął swoje skrzydła – przezroczyste, ogromne, majestatyczne – a powietrze wokół Pipa zapłonęło kolorami. Zielenie, fiolety i błękity lśniły z jego skrzydeł, jakby sama zorza polarna została złapana i wpleciona w nie.
Pip przypomniał sobie, żeby oddychać. „Aparat” – szepnął.
Szukał go po omacku, ręce niezdarne, serce waliło. Dzięki jakiemuś szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, nadal wisiał na jego szyi i cudownie wyglądał na nienaruszony. Podniósł go, wykadrował Aurora Drake, ale nic nie widział. Czy był zepsuty?
Osłona obiektywu nadal była założona.
„Ach, ty absolutny…” Z szarpnięciem ją zdjął, co było poważnie utrudnione przez jego grube rękawice.
Drake obrócił swoją świetlistą głowę w stronę wirującego Starfrozen Core. Powolnym, niemal delikatnym ruchem, uchwycił klejnot delikatnie w swoje szpony i zabił skrzydłami.
Podmuch wiatru odebrał Pipowi oddech i znowu go przewrócił.
Następnie Drake wzniósł się, rozpływając się w burzy wirującej wokół nich, która natychmiast ucichła.
Przez piekące oczy Pip zdołał zrobić jedno zdjęcie.
Klik.
Potem zapanowała tylko cisza i zanikające światło zorzy polarnej.
Chwilę później usłyszał radosne szczeknięcie. Jeden z huskych rzucił się przez zaspę na niego i przewrócił go po raz trzeci w ciągu tylu minut. Nieważne, w którą stronę się odwrócił, lizał go po twarzy. „Zejdź” – powiedział, z trudem próbując go odepchnąć.
Dr Thorne pojawił się przez gasnącą poświatę, a za nim Noor, obaj brnąc po biodra w śniegu. Dr Thorne objął wzrokiem spękaną ziemię, wyglądającą, jakby coś tam eksplodowało, odsłoniętą wieczną zmarzlinę i blednące niebo.
Spojrzał na Pipa z błyskiem w oku. „Widziałeś ją?”
Pip skinął głową, a jego szyja wydała cudowne pstryknięcie, które obiecywało coś większego rano.
Noor, już zebrał to, co leżało rozrzucone wokół nich, zaczął budować schronienie z nawianego śniegu, jakby nic z tego nie było szczególnie zaskakujące.
Do rana Noor wykonał dla nich rakiety śnieżne z zapasowych gałęzi i liny. Wyruszyli po szybkim śniadaniu, Dr Thorne zwiadywał drogę naprzód, podczas gdy Noor pomagał Pipowi, który czuł się mniej przyjazny wobec tundry niż zwykle.
„Czy była miła?” – powiedział tubylec.
Pip mrugnął. Właściwie nie spodziewał się, że ten człowiek przemówi, więc musiał odtworzyć to, co powiedział, zanim mógł to zrozumieć. „Ty… ty mówisz w naszym języku?”
„Oczywiście” – powiedział Noor, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.
„A-ale Dr Thorne przez cały ten czas mówił w twoim języku.”
Noor zastanowił się. „Nie, nie mówił. Nie mam pojęcia, co on mówi. Po prostu w większości zgaduję.”
Pip kilka razy otworzył usta. Miał tak wiele pytań, które chciał zadać. Ale nic więcej nie wydobyłby od Noora.
Powrót do głównego obozu zajął im ponad tydzień. Odnaleźli rozproszone husky, wykonali prymitywne sanie i uprzęże, i podróżowali powoli po nieprzejednanej ziemi.
Kiedy w końcu dotarli do domu, matka Pipa spotkała ich w drzwiach. To nie była pierwsza wyprawa, na którą Pip wyruszył z Dr Thorne’em, i nigdy nie wiedział, żeby ten człowiek stronił od niebezpieczeństwa, ale wyczuł wyraźną obawę u mężczyzny, gdy zbliżali się do jego bramy.
Zastanawiając się nad tym, gdy wpatrywał się w twarz matki, sam również zwolnił.
„Witaj—” – tylko tyle zdołał powiedzieć Dr Thorne, zanim matka Pipa uderzyła go w policzek.
„Spodziewałam się was ponad tydzień temu!” – krzyknęła. „Tak się martwiłam! Ani słowa! Ani listu! Ani—”
Dr Thorne pospiesznie wcisnął jej w dłoń małą, owiniętą sznurkiem paczkę. Gdyby coś trzymała, nie miałaby wolnej ręki, żeby go uderzyć. „Crystalised Honey Stars” – powiedział z grymasem. „Wiem, jak bardzo je lubisz.”
„Tak… cóż…” – powiedziała matka Pipa, chwilowo zmieszana. Wydawało się, że straciła część swojej zuchwałości. Podniosła rękę trzymającą pudełko, przypomniała sobie, że bardzo lubi to, co było w środku, a potem delikatnie położyła je na ziemi.
Dr Thorne mrugnął do Pipa, gdy matka Pipa nie patrzyła. Crystalised Honey Stars były pomysłem Pipa. Doktor cofnął się gwałtownie, nieco zezując, gdy matka Pipa machała palcem pod jego nosem, jakby to był sztylet.
„Co się stało?” – warknęła.
„To była moja wina, mamo” – powiedział szybko Pip. „Ja, eee, upadłem” – dokończył, nieco nieudolnie.
Matka Pipa przeniosła wzrok na syna, a on natychmiast się zarumienił. Zauważyła siniaki, podarte ubranie, ogólny wygląd zaniedbania. „Upadłeś” – powiedziała, podkreślając każde słowo.
„Widzę, że macie dużo do nadrobienia, a ja nie chcę wam przeszkadzać, dużo do odkrycia i tak dalej.” Dr Thorne uchylił kapelusza przed matką Pipa, gdy jej uwaga była odwrócona, błysnął zębistym uśmiechem do Pipa i czmychnął, zanim zdążyła coś powiedzieć.
Pip widział, jak szczęka jego matki poruszała się, gdy patrzyła, jak Dr Thorne się wycofuje. Potem westchnęła głęboko i podeszła do syna. Wzięła jego twarz w obie dłonie i pocałowała go w czoło. „Zmartwiłeś mnie” – powiedziała. „Chcę usłyszeć o wszystkim. Ale najpierw musisz się wykąpać. Kocham cię, ale śmierdzisz naprawdę, naprawdę okropnie.”
Popchnęła go w stronę domu.
Później, w swoim pokoju, błogosławieństwie ciepłym, Pip wywołał zdjęcie w swojej ciemni.
Papier unosił się w płytkiej tacy z chemikaliami, powoli wyłaniając się. Pip unosił się nad nim, czekając na odpowiedni moment, by go wyjąć, chcąc uzyskać idealny efekt.
I oto jest.
Aurora Drake, wznoszący się w niebo, skrzydła płonące kolorami, odbite w niebie za nim. Mimo że Pip zrobił zdjęcie palcami jak ziemniaki, wyszło zdumiewająco. Znacznie lepiej, niż mógł się spodziewać.
Wysłał kopię do Dr. Thorne’a z krótką notatką.
Tygodnie później nadeszła odpowiedź pocztą. W środku była jedna kartka papieru, którą doktor najwyraźniej zerwał z czegoś innego, z plamą pośrodku, której Pip nie chciał zgadywać.
„Idealnie.”
W kopercie znajdował się guzek, a kiedy Pip ją odwrócił, wypadł z niej maleńki odłamek, błyszczący w słońcu – kawałek Ember Shard.
Na dole notatki, pismem Dr. Thorne’a, znajdował się postscriptum: „P.S. Jeśli musisz eksperymentować, uprzejmie powstrzymaj się od stania na czymkolwiek, na czym ja stoję.”